Waldemar Świątkowski - nauczanie

Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 1 lis 2014, o 22:50

Podobieństwo o czworakiej roli.

Bardzo dobrze znamy to podobieństwo. Słyszeliśmy wiele kazań na ten temat. Wydaje nam się, że jeśli chodzi o ten fragment Słowa Bożego, to wiemy o nim wszystko.
Jakie więc refleksje wzbudza w nas kolejne kazanie lub kolejny artykuł na ten temat? Czy nie jest czasem tak, że jeśli już zastanawiamy się nad tym, co przez to podobieństwo Bóg chce nam powiedzieć, to w sferze naszych rozważań znajduje się ... tylko czwarta rola.
Jeśli już mam pomyśleć nad tym, czego mogę się nauczyć (a jako dobry chrześcijanin - powinienem), to moje rozważania kierują się w jedną stronę: czy wydaję owoc 30, 60, czy 100-krotny? Pozostałe trzy role w zasadzie mnie nie dotyczą. Dotyczą raczej świata, ludzi nie zbawionych, nie rozumiejących Słowa Bożego. Zbyt surowe określenia padają przy „tamtych rolach” więc nie mogą one dotyczyć mnie - nawróconego i kochającego Boga dziecka Bożego. Tak, jedyny mój dylemat, to pytanie o krotność owocu w moim życiu.
Daje o sobie znać stara jak świat nasza pokrętna zdolność uciekania przed konsekwencjami, unikania napomnień, odwracania ucha od nagany na rzecz słuchania pochlebstw. Nigdy nie wychodziło to ludziom na dobre i wychodzić nie będzie (patrz: Adam i Ewa w raju).
Chętnych zapraszam, byśmy jeszcze raz posłuchali tego podobieństwa i przeczytali je ze zrozumieniem.

Cztery role - i wszystkie cztery dotyczą nas – ludzi wierzących. Dotyczą tych, co słuchają! To my chlubimy się tym, że jako nieliczni słuchamy tego, co mówi Bóg przez Swoje Słowo.

Świat, niestety nie słucha. Jest zajęty swoimi sprawami, swoim biznesem, swoim życiem. Do czasu aż ich życie przerwie ....śmierć. Wszystko wyleci im w jednym momencie z rąk i staną na progu wieczności z... niczym! Wtedy zrozumieją, że zmarnowali swoje życie, trwoniąc czas na to, co przemija i nie ma żadnej wartości. Może i miało jakąś wartość w ich oczach, w oczach świata, ale wobec wieczności było tylko popiołem i marnością.

Lecz my – inaczej, my słuchamy.

Słuchajmy więc, co mówi Jezus:
„Tymi na drodze, gdzie jest rozsiane słowo, są ci, do których, gdy je usłyszeli, zaraz przychodzi szatan i wybiera słowo, zasiane w nich...”. Mk 4,15
Dlaczego udaje mu się wybrać? Ponieważ ziarno leży na drodze, zdeptane i rozrzucone. Nie ma szans skryć się w życiodajnej ziemi.
Kto jest winny tego, że ziarno padło na drogę? Ten, co słucha! To on decyduje, czy siane słowo wpuści do serca, czy „z marszu” odrzuci na twardą, suchą drogę.

Jest wiele słów Pana Jezusa, które są wzgardzone, zlekceważone i podeptane. Na przykład słowa o tym, by nabywać przede wszystkim cichości i pokory (Mt 11,29). A co oglądamy? Butę, wyniosłość, gniew, krzyk, brutalne dochodzenie swego. Ileż tego jest w dzisiejszych chrześcijańskich małżeństwach, między rodzeństwem, między braćmi w zborze. Takiego zachowania nie wyznacza Słowo Boże, lecz zdegenerowana, zepsuta do cna ludzka natura.

A słowa o skromności, o zachowaniu, o nakrywaniu głowy, o odwróceniu oczu od świata? Ci, którzy w tych rzeczach przekraczają Boże normy mówią: „mnie to nie osądza”. Niby mocny argument...
Ale czy wiesz, dlaczego cię nie osądza? Odpowiedź znajduje się w następnych słowach Jezusa: „ ... przychodzi diabeł i wybiera słowo z serca ich, aby nie uwierzyli i nie byli zbawieni”. Łk 8,12

Tu leży sekret sprawy! Diabeł wie, że gdyby Słowo poleżało choć trochę w sercu – wzeszłoby! Za wszelką cenę nie chce do tego dopuścić i wybiera jak najszybciej. Dlatego to nie ptaszki wybierają słowo, lecz przychodzi po nie sam szatan! Zbyt ważna to misja, by wysyłać tam ptaszki...
Jeśli gardzisz Słowem, jeśli od razu je „szufladkujesz”, bo ci nie pasuje – jesteś wtedy tą pierwszą rolą. Czy widzisz, jak tragedia kryje się za tym? Nie masz nawet możliwości uwierzyć i być zbawionym, bo szatan już dawno wykradł cenne ziarno, które posiał Siewca.
Możesz tej „kradzieży” zapobiec. W swoim domu czytaj Słowo Boże z namaszczeniem, z modlitwą. A gdy idziesz na nabożeństwo – módl się o dobre, otwarte serce, o to, by Duch Święty dał ci głód Słowa. Chwytaj je w locie! Nie siedź jak na nudnym seansie filmowym, podglądając ludzi, żując gumę i pisząc smsy.
„Pilnuj swoich kroków, gdy idziesz do domu Bożego, i nastaw się na słuchanie” - radzi Salomon. Kazn. Sal. 4,17 Weź sobie to do serca.

Bo możesz do końca życia mówić: „mnie to nie osądza...”

„A tymi na opoce są ci, którzy gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, ale korzenia nie mają, do czasu wierzą, a w chwili pokusy (ucisku) odstępują (gorszą się)”. Łk 8,13
Mam wrażenie, że w tym przypadku jest najwięcej tragizmu. Przecież słuchają, przyjmują z radością (!) - a koniec taki smutny...
Dlaczego ucisk przyszedł tak wcześnie? Dlaczego Bóg nie wstrzymał diabelskiego podstępu?
Dlaczego pokusa była tak silna? Przecież przyjęli słowo z radością! Czy nie można było poczekać, aż korzenie się rozrosną?

Ani ucisk nie przyszedł za wcześnie, ani pokusa nie była zbyt silna. Wszystko było dobrze, „zgodnie planem”. Jest napisane, że Bóg nie daje ciężarów ponad nasze siły.

Ale czy ty na pewno wszystko dobrze usłyszałeś? Czy byłeś do końca przy Jezusie, gdy mówił: „Któż bowiem z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie najpierw i nie obliczy kosztów, czy ma na wykończenie?” Łk 14,28

Czy usłyszałeś, że „każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim”? Łk 14,33

Może przyszedłeś do Jezusa, bo ktoś ci powiedział, że przy Nim będzie ci jak „u Pana Boga za piecem”. Twoje życie będzie zdecydowanie lepsze, tj.: zawsze będziesz zdrowy, nigdy nie braknie ci pieniędzy, będziesz miał luksusowe mieszkanie, meble i samochód, zdobędziesz śliczną żonę, dobrą pracę i do tego wszystkiego otrzymasz ekstra prezent – życie wieczne! Nic dziwnego, że pierwszy mały ucisk jawił ci się jako klęska żywiołowa, a pierwsza pokusa wzbudziła w tobie przekonanie, że musisz to mieć koniecznie, gdyż jest takie ładne i bardzo ci się podoba. A jeśli podoba się tobie, to Bóg chyba nie ma nic przeciwko temu?
Wsiane ziarno przepadło bez wieści...

„Do czasu wierzą...” - twoja wiara nie jest na pewien czas. Nie wierzysz tylko w środowisku ludzi wierzących. Nie jesteś chrześcijaninem tylko w zborze, na zjeździe młodzieżowym czy na konferencji. Jesteś nim w zborze i w domu. Na ulicy i w pracy. W otoczeniu ludzi i w samotności. W dniach dobrych i w złych. Job nie kochał Boga tylko w tym czasie, gdy powodziło mu się we wszystkim i był najbogatszym człowiekiem w okolicy.

Chcesz mieć korzeń? Nigdy nie opuszczaj „wspólnych zgromadzeń”. Mało tego - znajduj codziennie czas na modlitwę i czytanie Słowa Bożego, przebywaj wśród wierzących, rozmawiaj o sprawach duchowych, „rozmyślaj o tym, co w górze” i ... zdecydowanie odrzucaj wszystko, co ze świata!
Jeśli te rzeczy kuleją – nie będzie korzenia!

„A posiany między ciernie, to ten, który słucha słowa, ale umiłowanie tego świata i ułuda bogactwa zaduszają słowo i plonu nie wydaje”. Mt 13,22
Pan Jezus kończąc podobieństwo powiedział: „Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha”. Mk 4,9
Posłuchajmy więc! Pomyślmy chwilę - czy był kiedyś gorszy okres niż ten, w którym żyjemy? Czy ułuda bogactwa była kiedyś silniejsza i tak wszechobecna jak dzisiaj?
Do „wielkich pieniędzy” rzucili się już nie tylko ludzie dziedziczący fortuny, „wybrańcy losu”, lub ludzie wyjątkowo przebiegli i sprytni. W pogoni za pieniądzem opustoszały nie tylko wielkie miasta, ale również malutkie wioski i zagubione w terenie wybudowania. Do zdobywania bogactwa ruszyli nie tylko ludzie wykształceni i przedsiębiorczy ale również zwykłe gospodynie domowe i ledwo wyrośnięte dzieci. Pozostał ponury krajobraz : dzieci dorastające bez rodziców – w smutku i pustce, której nie zaspokoją sute „kieszonkowe”, rodziny przeżywające okrutne dramaty, gdy „druga połowa” znajduje sobie nowego towarzysza. Wielu traci zdrowie lub wikła się w dramatyczne wydarzenia. Jednak ułuda bogactwa jest tak silna, że człowiek bez zastanowienia brnie w zgubę. A wśród tego całego zamieszania - ile pustych miejsc w zborach po tych, którzy pojechali w tym samym celu? Wśród nich na pewno byli tacy, którzy radzili się Pana i nic nam do tego, jednak jestem przekonany, że większość to... posiani między ciernie.

„Umiłowanie tego świata...”

Jeśli tak dalej pójdzie, to ten zwrot starci całkowicie swoje znaczenie. Bo widząc to, co się dzieje wśród nas, już dzisiaj można spytać co to znaczy umiłowanie świata? Przecież wszystko, co w świecie, jest też wśród chrześcijan.

Pozwólcie, że wymienię kilka rzeczy, które jeszcze niedawno należały tylko „do świata” a teraz, kiedy zwracasz komuś uwagę – w najlepszym wypadku możesz zobaczyć tylko zdziwione oczy i lekceważące wzruszenie ramion:

„chodzenie ze sobą”, wspólne wyjazdy i noclegi narzeczonych,
rozwody, zerwane narzeczeństwa, utrata czystości w narzeczeństwie,
chodzenie do kina, na dyskoteki, do pubu, telewizja,
w zborze: taniec, flagi, teatr, oklaski, rozrywkowa, przebojowa muzyka,
wyzywające ubiory, malowanie się, biżuteria, długie włosy u mężczyzn.
Nie tylko więc chodzi o „drobiazgi” typu malowanie paznokci, zbyt krótka spódniczka...
Można by pomyśleć, że Pan Bóg stracił jeden ze swoich sądowych argumentów, jakim jest umiłowanie świata. Już nikogo pod ten „paragraf” nie podciągnie. Sądząc po ilości ludzi, którzy nie mają najmniejszej ochoty by wycofać się z szalonego, światowego biegu w sferze najmodniejszych ciuchów, fryzur, kolorów włosów i tym podobnych „standardów”, wydaje się, że tą sprawę już „ugadaliśmy” z Panem Bogiem. Jak powiedziała mi kiedyś pewna młoda dziewczyna: „ja to mam z Bogiem uzgodnione” (chodziło o nieskromny strój).
Jednak „korektę” do Bożego kodeksu usiłujemy wprowadzić my, a jestem pewien, że Bóg się na to nie zgodzi...
Jakże wiele ziarna wpada dzisiaj między ciernie!

Tragedia tej roli polega na tym, że złe ciernie zaduszają dobre ziarno. Miernota zadusza Boże, życiodajne Słowo!
I wina leży tylko po naszej stronie. Duchowe konsekwencje, jakie poniesie człowiek za tą sytuację są bardzo poważne.

Umiłowanie świata i ułuda bogactw sprawia, że do chrześcijanina nie dociera już Boże Słowo, przestaje reagować na głos Ducha Świętego, a jego duchowe życie zamiera. Coraz więcej jest tych, dla których wyraźnie i nagląco brzmi głos świata, nawołujący do bogacenia się, do szukania przyjemności, do używania życia – i za tym głosem idą, natomiast Boże napomnienia i rady są bardzo niewyraźne i giną gdzieś we mgle...

Jak się ustrzec przed tym, by nie być tą rolą? Rada jest prosta, lecz dla tych co miłują życie i świat – bardzo bolesna:
Nie gonić za bogactwem i przestać miłować świat! „Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca”. 1J 2,15
Jak długo jeszcze chcesz udowadniać sobie i innym, że miłość do świata i siebie może iść w jednym jarzmie z miłością do Boga? Porzuć złudzenia i przyjmij raczej prawdę.

„A to, które padło na dobrą ziemię, oznacza tych, którzy szczerym i dobrym sercem usłyszawszy słowo, zachowują je i w wytrwałości wydają owoc”. Łk 8,15
Mamy wreszcie rolę, o której marzymy! Jak już wspomniałem na początku – wszyscy się z nią jakby „z przydziału” utożsamiamy.
Jest to jednak błędna, choć powszechna interpretacja.
Przypatrzmy się podanym tutaj faktom:

Kiedy ziarno (każde!) pada na dobrą ziemię, zostaje przyjęte szczerym i dobrym sercem.
Ludzie, którzy są tą rolą, zachowują to słowo, rozumieją je i będąc wytrwałymi, wydają owoc.
Czy każde Słowo jest przez ciebie przyjęte? Np. słowo o skromności? O pokorze i cichości? O cierpieniu z Jezusem? O uniżeniu się przed innymi? O miłowaniu żony, o poddaniu mężowi?
Ile to już razy Bóg próbował zasiać jakieś słowo w twoim sercu, a ziarno ciągle trafiało na twardą drogę, na skałę lub między ciernie? Gdzie to szczere i dobre serce? Szczere i dobre nie dla siebie i swojego komfortu, ale dla woli Bożej. Serce ma być dobre nie dla własnych zachcianek i własnego egoizmu (takie serce mają wszyscy bezbożnicy i poganie), ale dla sianego Słowa Bożego.
Oprócz tego, że przyjmiemy słowo do serca, że zgodzimy się z nim, potrzebne są jeszcze: zachowanie (pamiętanie), zrozumienie oraz wytrwałość. Bez nich – nie wyrośnie! To nasze zadanie – pielęgnować usłyszane słowo w sercu i dokładać wszelkich starań by było zrealizowane.

Zachowują je... - kiedy tylko ziarno pada, zostaje przykryte dobrą ziemią. To stwarza mu warunki do wzrostu.

Zachowanie - to wpuszczenie słowa głębiej niż tylko na drogę, na skałę, wśród ciernie. Potrzebne jest szczere serce. Nie – chytre i przebiegłe. Bez większego zastanowienia sortujące – co przyjąć a co odrzucić. Co mi pasuje, a co nie. Szczere – to otwarte, przyjazne, chętne przyjąć wszystko.
Ten czas pomiędzy zasianiem a wydaniem owocu, to czas naszej wewnętrznej walki (nasze ego buntuje się przeciwko Bożemu Słowu), czas łamania naszej woli, czas usuwania kamieni, czas modlitwy, wołania o deszcz, o Boże błogosławieństwo. To trud oracza i cierpliwość rolnika.
Z tego powodu niewielu jest tych, którzy dochodzą do owocu...
O wiele łatwiej i przyjemniej jest pofolgować ciału. Och! Jak ono wspaniale się czuje, gdy zrzucamy z niego jarzmo Bożych przykazań! W zasadzie nie trzeba żadnego wysiłku – nasze cielesne chęci i pożądliwości mają tak wielką siłę i impet, że idzie „jak z płatka”. Tylko pytanie: w którą stronę to idzie?

Możemy dzisiaj obserwować całe społeczności, gdzie jest „lekko, łatwo i przyjemnie”. Ileż tam radości, ile entuzjazmu! Jednak nie trzeba być wcale bystrym obserwatorem, by zobaczyć, że Bóg jest tam raczej tylko po to, by spełniać zachcianki ludzi, by ciągle ich cieszyć, napełniać portfele, bawić cudami i znakami, napawać optymizmem i... pozwalać na wszystkie pragnienia ludzkiej duszy.

Jak określił to jeden z braci: „Widzę że ludzie chcą Aarona, który ulepi im cielca takiego jak im pasuje. Oczywiście po jakimś czasie okaże się, że również co do rodzaju cielca też mają odmienne zdania. I tak w kółko, byle tylko nie o krzyżu”.
Tak! Spróbuj tylko powiedzieć coś – na przykład - o zaparciu się siebie. Od razu na ich obliczach pojawi się nieprzychylność, zniesmaczony grymas a nawet wrogość.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz, jeśli chodzi o czwartą rolę: tylko w niej pojawia się owoc. Nie można być dobrą rolą, nie przynosząc owocu.
Sama ziemia nie wyda owocu ani samo ziarno. Musi być jedno i drugie. Musi być Słowo od Boga i twoje dobre serce.
I musi być coś jeszcze, o czym ta przypowieść nie mówi, ale co jest naturalną koleją rzeczy - musi być śmierć...
Ziarno pszeniczne pozostaje ziarnem jeśli nie obumrze. Kiedy godzi się na śmierć – rodzi się życie i pojawia owoc. J 12,24
Dlatego tak mało tej roli wśród nas. Każdy chce przynieść owoc, lecz nie każdy godzi się na śmierć swojego JA.

W tej przypowieści Pan Jezus wyraźnie ujawnił, że rola oznacza stan ludzkiego serca, który decyduje o tym, czy ktoś będzie zbawiony czy nie. To podobieństwo nie odnosi się do poszczególnych nabożeństw, dni czy wybranych fragmentów Słowa Bożego. Nie warto więc tłumaczyć swojego nastawienia np. tak: „W ubiegłą niedzielę moje serce było nieprzychylną skałą (bo kazanie dotyczyło pokory) ale dzisiaj było czwartą rolą (pastor mówił o tym jak Jezus mnie kocha)”. To jest oszukiwanie samego siebie. Dlatego Jezus mówił, że żąda całego serca i całego życia. Albo wszystko, albo nic. Apostoł Jakub pisze: „Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego” . Jak. 2,10 Jeśli przyjmujesz i zgadzasz się „prawie z całą” Ewangelią, ale „nie pasuje” ci tylko kilka fragmentów – oznacza to zły stan twojego serca. To prawdziwa katastrofa, gdy Bóg cię takim zastanie!

Nie to jest najważniejsze czy wydajesz plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny czy stokrotny. Ważne jest to, by każde (!) ziarno, które posiał Siewca wzeszło i wydało owoc!
To nie ślepy los rozdaje poszczególne rodzaje gruntów. To nasz dobrowolny wybór! To my decydujemy, jaką rolą jesteśmy.

„Serce czyste stwórz we mnie, o Boże...”! Ps. 51,12


Waldemar Świątkowski


http://www.chrystusowy.pl/i76,Podobiens ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 1 lis 2014, o 23:15

Przed zmartwychwstaniem jest śmierć
http://oblubienica.eu/nauczanie-mp3/pol ... est-smierc
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 6 lis 2014, o 13:46

Piękność Jezusa

"Kto uwierzył wieści naszej, a ramię Pana komu się objawiło? Wyrósł bowiem przed nim jako latorośl i jako korzeń z suchej ziemi...” Iz. 53,1-3

Tak, chociaż ramię Pana było nadzwyczaj imponujące, a dzieło Jezusa potężne, niewielu doznało objawienia. Ten, który zstąpił z Nieba na ziemię nie odpowiadał bowiem jako bohater standardom świata. Był... No właśnie – jaki był? Wysoki, postawny, silny, z twarzą modela?

Gdy czytamy opis podany przez proroka Izajasza, możemy doznać wielkiego zawodu:

„Nie miał postawy, ani urody, które by pociągały nasze oczy, i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać” w. 2

O! Nie do wiary! Syn Boży nie zadbał o to, by w wyglądzie zewnętrznym nie dać szans nikomu z rówieśników i tych, wśród których się obracał?

Dlaczego więc w ludziach tyle rozpaczy, bo to lub owo nie jest doskonałe? Dlaczego tyle starania i pracy, by coś podkreślić, wygładzić, podciąć? Coś wyostrzyć, a coś stonować lub zakryć?

Dlaczego?! Czy widzimy, jaki duch się za tym kryje?

Bóg nie zrobił nic, by cokolwiek z tych, zdawałoby się tak ważnych rzeczy, sprezentować swojemu synowi. Dlaczego ?

Bo w oczach Bożych te rzeczy nie mają żadnego znaczenia. Żadnego! To świat wyniósł urodę do miary bóstwa. Urodę opacznie rozumianą, bo polegającą na ustawieniu odpowiednich „gabarytów”. Tyle i tyle, i ani centymetra/grama mniej/więcej. Stawaj na głowie, lecz musisz się w tym wzorcu zmieścić. Jakby tu chodziło o europalety, gabloty i ... pudła. Tak więc „uznany” na dzisiaj kolor włosów, to kruczoczarne, lub „szałowy” blond, brwi to czarna kreska, nos, uszy, brwi i policzki - nabite ćwiekami i kółkami, poza tym „specjalne” spodnie, bielizna, buty itd. Ile zachodu, ile starań i pieniędzy, by „zadbać o siebie”, o to, co przemija – istne szaleństwo!

Bóg mówi, że życie ludzkie jest jak trawa, jak para... Zachęca nas, żebyśmy odwrócili wzrok od rzeczy doczesnych i zwrócili go na wieczność. Flp 4,8. Stworzył nas tak, że nie możemy dodać do swego wzrostu ani centymetra, choćbyśmy się bardzo starali. Łk 12,25. To powinno nam coś sugerować...

Świat natomiast umożliwił, by zwykła dziewucha w ciągu zaledwie kilku godzin przeobraziła się nie do poznania (niestety, tylko do wieczornej toalety...). By zaspokoić ludzką próżność, by umożliwić przeobrażenia według modły świata, powstały (i dobrze się mają) potężne imperia kosmetyków i modnych ciuchów.

Z którym bogiem trzymasz, a którego unikasz? Namawiam – trzymaj z Bogiem, ze Stwórcą! Odrzuć puste, nadęte i oszukańcze bóstwa!

Bóg zachęca, byśmy zatroszczyli się przede wszystkim o swoją wieczność.

Diabeł robi wszystko, by było odwrotnie - chce, by człowiek całe serce związał z doczesnością.

Diabeł doczesność nazywa wszystkim. Zachęca ludzi, by dążyli z całych sił do... znikomości. By gonili za wiatrem.

I udaje mu się oszukiwać ludzi! Z głębokim smutkiem trzeba powiedzieć: również chrześcijan.

W czym więc objawia się piękność Jezusa? Na pewno nie w urodzie i zewnętrznym wyglądzie. Nie w (tak cenionych dzisiaj) atutach zewnętrznych.

Piękność Jezusa, to przede wszystkim:

Czyste i święte życie.

Dobroć i miłosierdzie.

Pokora i cichość (Mt 11,29)

Wierność i posłuszeństwo (Hebr 3,2; Flp 2,8)

Zwycięstwo we wszystkim !

Święte życie Jezusa spowodowało, że Bóg wypowiedział znamienne słowa nad Jordanem: „ten jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem” Mt 3,17. Bóg dostrzegł piękno Jezusa, zanim wyszedł z ukrycia w Nazarecie i objawił się światu.

Dobroć i miłosierdzie sprawiało, że lgnęli do niego ludzie odrzuceni, pogardzani, biedni, prości. Nigdy się nie zawiedli i nie doznali niczego przykrego ze strony Jezusa. To było piękne!

Niezwykły jest blask drogich kamieni – diamentów czy rubinów. W pokorze i cichości Jezusa blask piękności jest o wiele większy, niż ten ukryty w drogich kamieniach.

Wierność i posłuszeństwo oraz pełne zwycięstwo w próbach i pokusach – to cechowało życie Jezusa Chrystusa. Jakże niepowtarzalny blask! On nigdy nie zawiódł oczekiwań Ojca, wypełnił wszystkie przykazania. Nikt z ludzi nie dokonał tego ani wcześniej, ani później.

Mimo to - nie zachwycili się Jezusem ludzie I wieku naszej ery...

Nie zachwycają się Jezusem ludzie XXI wieku...

Wielbią Jezusa, gdy kocha, przebacza, błogosławi, uzdrawia, daje pracę, pieniądze, powodzenie...

Gdy zaczyna uczyć - tracą zachwyt. Najpierw widać zdziwienie, zaraz potem niedowierzanie, wątpliwość, a wreszcie – oburzenie! Dokładnie, jak dwa tysiące lat temu:

„Któż jej (nauki) słuchać może?” J 6,60-69

Mają świerzbiące uszy na naukę. Żądają tego, co ucho łechce. (2Tm 4,3).

W wyniku takiego podejścia znikło normalne, podstawowe nauczanie, nie mówiąc już o „twardej mowie”. Pojawiły się lekkie kazania, najlepiej krótkie i finezyjne, przeplatane humorem i dowcipami – to, co jest miłe dla ciała.

Najchętniej słucha się o tym, jak zdobyć fortunę, powodzenie, piękną żonę i atrakcyjny dom.

Tak, nie zachwycali się Jezusem ludzie I wieku...

Poza kilkoma... Poza Apostołami. Gdy większość opuściła Jezusa, ci powiedzieli: „Panie, do kogo pójdziemy?” J 6,68

Dla prawdziwych uczniów Jezus jest zawsze piękny – czy uzdrawia, czy gani. Czy przebacza, czy napomina. Czy błogosławi, czy karci.

Uczniowie są zachwyceni Jezusem bez względu na Jego wygląd. Patrząc na niego widzą nie zewnętrzną fizjonomię lecz wewnętrzne światło i blask, które przebijają się na zewnątrz.

„Nie miał postawy, ani urody...” - tak było tylko w czasie ziemskiej pielgrzymki Jezusa. Tak naprawdę, piękność Jezusa przewyższa wszystko, co człowiek może zobaczyć lub wyobrazić sobie!

Tylko trzem z Apostołów dane było oglądać prawdziwe oblicze Chrystusa na Górze Przemienienia. Nie po to, by uwierzyć, że Jezus jest piękny, lecz dla szczególnego świadectwa, które mieli składać ludziom, głosząc Ewangelię. 1P 1,16-19

Innym nie było to konieczne.

Chwały Bożej nie zatrzyma zewnętrzna, niepozorna powłoka... Nie zatrzyma jej również prześladowanie, ani kamienowanie, ani śmierć, ani cierpienie. Chwałę Bożą widział Szczepan, widzieli chrześcijanie na rzymskich arenach i widzą współcześni chrześcijanie, prześladowani i zabijani za wiarę. Czy widzisz ją także ty, drogi czytelniku? Jeśli nie – to nie wiesz, ile tracisz...

Widzieć piękność Jezusa...

Jeśli chcesz ją zobaczyć – nie mogę wskazać ci żadnego miejsca na ziemi, żadnego muzeum, żadnego dzieła sztuki, bo takich nie ma. One nie potrafiłyby oddać tego, co jest w Chrystusie.

Można ją zobaczyć tylko w samym Jezusie. Jak? Jest na to sposób!

Stań się uczniem Jezusa – tym, który codziennie podąża za Mistrzem... Nikt nie zna Jezusa więcej, niż uczniowie.

Idź za Nim każdego dnia i ... oglądaj do woli!

Trwaj w nieustannej radości i zachwycie!


http://www.chrystusowy.pl/i187,Pieknosc ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 16 lis 2014, o 14:56

veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 23 gru 2014, o 21:40

Pokarm z nieba
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 27 sty 2015, o 11:51

O ewangelizacji i równie ważnych rzeczach

Ewangelizacja... Wiodący temat poruszany na pastorskich spotkaniach, konferencjach lub szkoleniach. Nierzadko – jedyny temat, jakby nie było innych potrzeb. Jak ewangelizować, jakie metody zastosować, by „zdobyć ludzi dla Chrystusa”?
Już samo określenie „zdobyć” pokazuje, że mijamy się z sednem problemu. Według Ewangelii chrześcijanie nie są od tego, by „zdobywać”. Zdobywa Bóg, a dokładniej to ujmując: Duch Święty przekonuje ludzi słyszących Ewangelię o grzechu, sprawiedliwości i sądzie, prowadząc ich do pokuty. Zbawia – Jezus Chrystus. Więc gdzie jest nasze miejsce? Na pewno nie w „zdobywaniu”. Naszą powinnością jest głosić Ewangelię i wydawać świadectwo o Chrystusie. Głosić, to znaczy oznajmiać, mówić, nawoływać, jak to czynił Jan Chrzciciel, Pan Jezus i Apostołowie: „upamiętajcie się, albowiem przybliżyło się Królestwo Niebios” (Mt 3,2). Dzieła zbawienia dokonuje Bóg.
Jezus nigdy nie uczynił swoich uczniów odpowiedzialnymi za nawrócenie, czy za zbawienie ludzi. Natomiast za głoszenie Ewangelii – tak: „a jak mają uwierzyć w tego, o którym nie słyszeli...”(Rz 10,14), „tego, kto by się mnie zaparł przed ludźmi...”(Mt. 10,33).
Współczesnych entuzjastów „zdobywania” może dziwić spokojne i wyważone podejście Jezusa, gdy wysyłał swoich uczniów na głoszenie Ewangelii: „A jeśli(w jakimś domu) będzie syn pokoju... w tym domu pozostańcie... Nie przenoście się z domu do domu... A (jeśli) nie przyjmą was, wyjdźcie na ulicę i mówcie: nawet proch z miasta waszego... strząsamy na was...” (zob. Łk 10,3-12).
Jakże to dalekie od dzisiejszych metod, gdzie w celu „zdobycia” ludzi gotowi jesteśmy na wszelkie ustępstwa, zapraszamy do wspomagania ewangelizacji ludzi bezbożnych, świeckie zespoły muzyczne, karateków, aktorów, a co gorsze – spłycamy Ewangelię, chcąc ją uczynić bardziej „przyjazną” i niewymagającą. Taka ewangelia nie zmienia jednak serc i życia, czego dowody widzimy w ześwietczonym kościele i okropnych tragediach wśród chrześcijan (rozłamy, nienawiść, rozwody, wybieranie świata przez dorastające dzieci).
Postawa Jezusa sprawiała, że uczniowie mogli zachować pokój i czuć się spełnieni bez względu na to, czy ktoś się nawrócił, czy nie. Tego pokoju i poczucia dobrze wykonanej służby nie mają współcześni „rybacy dusz”. Gdy połów się nie udaje, gdy nikt się nie nawrócił – są zestresowani, zniechęceni i czują się winni przed Bogiem.
Błąd leży w menedżerskim podejściu do Kościoła. Kościół postrzegany jest jak firma, a jeśli jest to „firma” samego Boga, to „interes” powinien być oszałamiający! Stąd też popularne dzisiaj hasła, wyrażające oczekiwania ludzi: „Warszawa dla Jezusa!”, „Polska dla Jezusa!”, ba - „Europa dla Jezusa!” Tyle tylko, że Kościół, to nie firma, a Pan Bóg, to nie menedżer, więc hasła, choćby najbardziej entuzjastyczne – pozostają tylko hasłami.
Na dobre zadomowiły się w kościele (nie mające poparcia w Biblii) stwierdzenia, które nadają najwyższą rangę ewangelizacji, jednocześnie umniejszając lub pomijając inne procesy, które winny funkcjonować w Kościele Jezusa Chrystusa:
naczelnym zadaniem kościoła jest ewangelizacja,
kościół, który nie wzrasta (liczebnie, oczywiście), to martwy kościół,
nie tak dawno usłyszałem: „kościół nie jest dla chrześcijan, kościół jest dla świata, dla niewierzących!”. To już zakrawa na fanatyzm...
Jak więc jest naprawdę? Odpowiedź jest prosta – wystarczy przeczytać uważnie „wielki nakaz misyjny” (nota bene – podstawowy werset entuzjastów prymatu ewangelizowania):
„Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem” (Mt 28,19-20).
Widać tu wyraźnie trzy długotrwałe etapy:
Głoszenie Ewangelii (uwieńczone chrztem),
Czynienie uczniami,
Nauczanie („wszystkiego, co wam przykazałem”).
Nie twierdzę, że jeden jest ważniejszy od drugiego, gdyż wszystkie są jednakowo ważne i nieodzowne.
W jakiej jednak relacji pozostają między sobą? Ile czasu i pracy wymagają?
Chciałbym to pokazać na naturalnym przykładzie, wziętym z życia przyrody.
Wyobraźmy sobie jedno z wielu drzew rosnących w lesie (las - to świat, a poszczególne drzewa – to ludzie). Nagle w lesie robi się niezwykły ruch. Zjawia się leśniczy z kupcem, chodzą od drzewa do drzewa i kupiec wybiera sobie te, które chce kupić. Wybrane drzewa zostają zaznaczone i po jakimś czasie przyjeżdża na to miejsce samochód, z którego wysiada drwal z pomocnikami. Drwal jest przygotowany do specjalnego zadania – ma potrzebne umiejętności, posiada hełm z osłoną, specjalny ubiór i buty oraz pilarkę. Przygotowuje stanowisko pracy, ociosuje niskie gałęzie i pień.
Tu kończy się ewangelizacja...
Wreszcie drwal zapala pilarkę i trzema cięciami... obala drzewo! Drzewo... umiera!
Odtąd będzie nazywane drewnem.
To... nowe narodzenie! Grzesznik umiera dla świata i staje się... nowym stworzeniem!
Przygotowanie drzewa do ścięcia nie trwało długo. Samo ścięcie zabrało zaledwie parę minut.
Nawrócenie nie trwa długo. W Jerozolimie 5 tysięcy ludzi nawróciło się w ciągu kilkudziesięciu minut! Ludzie pokutują i otrzymują zbawienie w przeróżny i przedziwny sposób: w kościele, na ewangelizacji, w domu, w pociągu, na spacerze, w pracy...
Ale czy to już koniec dzieła? Nie!
Ścięcie było dla drzewa tylko krótką chwilą i stało się początkiem długiego i skomplikowanego procesu, który dla nawróconego grzesznika Biblia określa jako „czynienie uczniami” oraz „nauczanie”.
Ścięte drzewo zostaje poddane wstępnej obróbce: obcina się jego gałęzie i dumny wierzchołek. Teraz potrzebna jest potężna maszyna, która wyciąga dłużycę na miejsce transportu, skąd ogromne ciężarówki wywożą drewno do tartaku. A tu czekają na drewno potężne hale i przeróżne obrabiarki. W pierwszej kolejności ściąga się korę, gdyż w przeciwnym razie zalęgłoby się tam robactwo niszczące drewno. Poza tym kora, nazywana też sukienką drzewa – nie jest już potrzebna. Ozdabiała drzewo, gdy żyło w lesie (świecie). O, gdyby zrozumiały to niektóre chrześcijanki...
Po ściągnięciu kory drewno przechodzi długą linię, gdzie potężne piły, traki, frezarki, klejarki, prasy i inne, dokonują niesamowitego dzieła. Drewno jest obrabiane wzdłuż i wszerz: wycinane są wadliwe fragmenty, ukryte sęki, likwidowane nierówności. Coś podlega frezowaniu i klejeniu, inne fragmenty są prasowane i docinane, inne toczone i szlifowane.
I tak powstaje... zaledwie półprodukt!
Dalszą obróbkę przejmują np. zakłady meblarskie, gdzie w wyniku równie długiego i skomplikowanego procesu powstaje nareszcie produkt finalny, np. piękny, stylizowany kredens!
Nawróconego grzesznika nie należy pozostawiać w lesie, tam, gdzie się nawrócił. Czeka nas ciężka i żmudna praca, by uczynić go uczniem i nauczyć wszystkiego, co przykazał Jezus.
By uczynić uczniem, nie wystarczy powiedzieć: „Chwała Bogu bracie! Jesteś uczniem Jezusa!” Uczniami nie stajemy się automatycznie, zaraz po nawróceniu. Jezus musiał zwrócić na to uwagę tłumów, które szły za nim i uważały się za jego uczniów. Wyraźnie przedstawił warunki uczniostwa (zob. Łk 9,23-24 i 14,25-33)
Uczynić uczniem, to nauczyć go, co znaczy uczniostwo i na czym polega. To wskazać, że z uczniostwem związane jest zaparcie się siebie, branie swego krzyża i naśladowanie Jezusa.
Nie tylko wskazać, ale zachęcić do podjęcia krzyża, do umierania dla samego siebie. To zabiera o wiele więcej czasu, niż złożenie świadectwa, czy przeprowadzenie ewangelizacji. Wymaga żmudnej i wytrwałej pracy. Jest bowiem tak, że niewielu staje się uczniami Jezusa. Wprawdzie chcą kochać Jezusa całym sercem, chcą się jemu podobać, lecz jednocześnie uciekają przed ofiarowaniem siebie samego, swojej woli, swojego życia na Bożym ołtarzu. Boją się cierpienia, które powstaje, gdy nie czynimy swojej woli, gdy walczymy z pożądliwościami ciała. Boją się poniesienia straty, myśląc, że ich życie za bardzo zubożeje. Tak jest np. w przypadku wspomnianej „kory” - nie chcą się jej pozbyć. Jak by nie było – przez całe życie była ich ozdobą. Chrześcijanka powinna zrzucić „starą korę”, gdyż będąc w świecie, ubierała się prowokacyjnie, zmysłowo, dodając do ubrania odpowiedni makijaż, ozdoby, sposób poruszania się, gesty i mimikę. Te ostatnie rzeczy były wzięte z pustego i sztucznego zachowania się gwiazd filmu i świata rozrywki.
Teraz powinna zachowywać się i ubierać tak, by uwidocznić pokorę, cichość i łagodność, gdyż Bóg ma właśnie w tym upodobanie (1P 3,3-4). Starą sukienką (korą) Bóg się brzydzi. Również my powinniśmy się nią brzydzić (Judy 1,23).
Zresztą, nie chodzi tylko o korę lecz o całość – Bóg nakazuje, byśmy „zewlekli z siebie starego człowieka wraz z jego poprzednim postępowaniem” (Ef 4,22). Zamiast wyniosłego, pysznego i pełnego grzechu drzewa, chce zobaczyć ucznia łagodnego, cichego, pokornego i świętego – na wzór Jezusa! Chce zobaczyć piękny i niepowtarzalny kredens...
„A przyobleczcie się w nowego człowieka, który jest stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy” (Ef 4,24).
By taka przemiana zaszła, potrzebne jest nauczanie „wszystkiego, co wam przykazałem”.
Jesteśmy bardziej skomplikowani niż drzewo, z tego powodu trzeba włożyć o wiele więcej pracy i użyć precyzyjniejszych maszyn, by uzyskać pożądany efekt.
Pan Bóg w swojej mądrości i łasce pomyślał o wszystkim, by ten proces przemiany przeprowadzić. Przede wszystkim posłał swego Syna – Jezusa Chrystusa, by pokazał nam inne, nowe życie. Jezus to uczynił – stał się Drogą, Prawdą i Życiem. W Nim są ukryte wszystkie bogactwa Nieba (Kol 2,3). Ukryte – nie znaczy niedostępne. Przeciwnie – Jezus zaprasza nas, byśmy przyszli do niego i nauczyli się takiego życia (Mt 11,28-29). Zaprasza do naśladowania mówiąc: „pójdź za mną”. To najlepszy, doskonały Nauczyciel, który każdego potrafi nauczyć świętego i sprawiedliwego życia.
Po drugie – dał Słowo. Słowo, które jest światłem i drogowskazem w życiu (Ps 119,105). Kierując się nim, przestrzegając Słowa, słuchając nauk i przyjmując przestrogi – nabywamy mądrości, umiemy rozeznawać dobre od złego, przeglądamy się jak w zwierciadle, usuwając wszelkie skazy z naszego serca i życia (2P 3,11-15). To te wspomniane piły, traki, frezarki i prasy (por. Hbr 4,12).
Wreszcie – dał nam swego Ducha! Wylał Ducha Świętego na wszelkie ciało. W mocy Ducha odnosimy zwycięstwa nad pokusami, nad grzechem, nad światem i nad diabłem. On nas ożywia, gdy opadamy z sił, On kieruje nasze oczy ku górze, byśmy zobaczyli Boże światło. To w mocy Ducha Świętego możemy nosić codziennie nasz krzyż i... umierać na nim!
Czynienie uczniami i nauczanie nie przychodzi samo z siebie. Tak, jak ewangelizacja. To wymaga trudnej i wytrwałej pracy.
Mam wrażenie, że większość duszpasterzy jest przekonanych, że muszą pracować tylko w dziele ewangelizacji, natomiast reszta „zrobi się sama”, albo przyjdzie z czasem, albo zrobi to za nich Bóg. Nic podobnego!
Gdy czytamy List Ap. Pawła do Efezjan 4,11, widzimy ciekawą rzecz:
Ewangelizacja nie zrobi się sama, więc Bóg ustanowił w Kościele specjalną służbę – ewangelistów. Pomijając oczywiście fakt, że każdy z nas jest powołany do wydawania świadectwa.
Czynienie uczniami i nauczanie, również nie przyjdzie samo, więc Bóg ustanowił... o wiele więcej służb – apostołów, pasterzy i nauczycieli! Tak, bo pracy jest na tym duchowym obszarze bez porównania więcej! Należy tu wspomnieć o jeszcze jednym potężnym orężu danym Kościołowi w celu budowania i nauczania – dary Ducha Świętego!
Tak, to intensywna praca. Bo też efekt ma być niezwykły! Mamy stać się podobni do obrazu Syna Bożego (Rz 8,29), mamy stać się świętymi we wszelkim postępowaniu (1P 1,15) a także oczyszczać się, jak On jest czysty (1J 3,3).
Jest to praca, która rozciąga się na całe życie.
Apostoł Paweł pisze: „Bracia, ja o sobie samym nie myślę, że pochwyciłem, ale jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Jezusie Chrystusie” (Flp 3,13-14).
Współczesnych przewodników wspólnot chrześcijańskich należałoby ostrzec: zaprzestańcie pogoni za sukcesem, gdyż ewidentnie widać, że w ewangelizacyjnym wyścigu wcale nie chodzi o „czynienie uczniami”, lecz o sukces.
Życzyć należy Kościołowi, by otrzymał nie tylko ewangelistów, lecz przede wszystkim pasterzy i nauczycieli.
Nie jest ważne, byśmy my byli zadowoleni z efektów swojej służby. Ważne jest to, by Bóg mógł ujrzeć w swoich dzieciach podobieństwo do umiłowanego Syna – Jezusa Chrystusa.


http://www.chrystusowy.pl/i197,O-ewange ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 19 mar 2015, o 19:04

Boże wezwanie - pójdźcie!

To słowo, to wezwanie, często spotykamy na kartach Biblii. Wypowiadane w przeróżnych okolicznościach, powodowało różne reakcje ludzi, a co za tym idzie - różne skutki. Słowem „pójdź”, Bóg najczęściej wzywa człowieka do wykonania prostej czynności, do zmiany swego położenia, do podjęcia ważnej decyzji. Tym słowem wezwał kiedyś Abrahama do opuszczenia swojej ziemi, a potem jego potomków – do wyjścia z Egiptu. Na przestrzeni wieków wzywał tak ludzi wielkich i małych, pojedynczych i całe narody. Za czasów Jezusa zaczął wzywać... wszystkich grzeszników!
Ileż to niezwykłych zmian spowodowało przyjęcie tego wezwania, ileż szczęścia i radości przyniosło ludziom zbawionym, uwolnionym, uzdrowionym.
„Pójdź”- to wezwanie, które brzmi do dziś i powoduje takie same skutki jak kiedyś – gdy tylko człowiek na nie odpowie. Słyszy je często każdy z nas, gdy skierowane jest przez Słowo Boże, głos Ducha Świętego, głos słyszany w sercu, w sumieniu.
Jak reagujemy? Czy zawsze właściwie? Gdy słyszymy - „pójdź” - przed nami zawsze staje szansa na przeżycie czegoś wspaniałego (gdy pójdziemy), lub doznanie wielkiej straty (gdy nie posłuchamy).
Przypomnijmy sobie kilka historii, które zdarzyły się w wyniku skierowanego wezwania: „pójdźcie!”
Jako pierwsze – wezwanie, które pojawiło się w sercach pasterzy judzkich bezpośrednio po oznajmieniu przez aniołów niezwykłej wiadomości o narodzeniu Zbawiciela.
„Pójdźmy zaraz aż do Betlejemu i oglądajmy to, co się stało i co nam objawił Pan”. Łk 2,15.
Och! Warto było iść „aż do Betlejemu”!
Zastanawiałeś się kiedyś nad wiarą tych prostych pasterzy? Tyle było powodów do... niewiary! Bo przecież to tylko... stajnia, ubogi żłób, maleńka dziecina. Do tego dwoje prostych, zdumionych i nie do końca rozumiejących co się dzieje, ludzi – Maria i Józef.
Jednak pasterzom nie zabrało to rozbudzonej nadziei, szczęścia i radości. Gdy wracali z Betlejem, w ich sercach ciągle radośnie dźwięczały usłyszane słowa:„dziś narodził się wam Zbawiciel...”.
Policz swoje powroty z nabożeństw, gdzie słyszałeś Słowo od Boga – w kazaniu, w świadectwie, w pieśni. A w sercach zamiast chwały i radości – ciężar, niedowiarstwo, zmęczenie...
Czy okoliczności były jeszcze gorsze, niż te, w betlejemskiej stajni? Gdzie więc leży przyczyna? Może w tym, że poszedłeś tam nie na wezwanie Boga, lecz z przyzwyczajenia lub z musu...?
Inne wezwanie – ciężkie i trudne - „pójdźmy do ziemi judzkiej” (zob. J 11,7-16).
Dla uczniów Jezusa było to wezwanie nabrzmiałe obawą i strachem. Byli oni świadomi nienawiści, jaką pałali do Jezusa arcykapłani i uczeni w piśmie. Byli przekonani, że ta podróż skończy się tragicznie - Jezus zostanie zabity, a ich los...? Ponadto dowiedzieli się z ust Jezusa, że Łazarz, u którego mieli się zatrzymać, umarł. To dopełniało czarę goryczy i smutku. „Pójdźmy i my, abyśmy razem z nim pomarli ” - w akcie rezygnacji powiedział jeden z nich.
Nie udało się przekonać Jezusa, by został w Galilei, więc poszli, z ciężkim jak ołów sercem.
Jak jest z nami, gdy słyszymy podobne wezwanie? Czy pozostaje ono bez odzewu? Strach, obawy i mroczne myśli powodują, że nie jesteśmy posłuszni wezwaniu? Co z naszą wiarą, gdy w pobliżu czai się niebezpieczeństwo (choroba, doświadczenie)?
Jak to dobrze, że Tomasz zwany Bliźniakiem dał sygnał: „pójdźmy”! Jak to dobrze, że poszli wbrew chęciom, wbrew logice. Bo co ich tam spotkało, co zobaczyli, czego doświadczyli? Czego, tak naprawdę, można doświadczyć z Jezusem?
Ujrzeli cud, który wstrząsnął potężnie nie tylko bezpośrednimi świadkami tego wydarzenia, ale całym ludem zdążającym na święto do Jerozolimy. Wskrzeszenie Łazarza sprawiło, że gdy Jezus wjeżdżał do Jerozolimy, tysiące ludzi wykrzykiwało na jego cześć, a na drogę słało swoje szaty i gałązki palmowe.
Tak, wbrew naszym obawom i lękom, wbrew beznadziejnym okolicznościom – powinniśmy iść za Jezusem, gdziekolwiek idzie. Tak czyni Oblubienica Chrystusa, a to prowadzi ją prosto przed tron Baranka! (zob. Obj. 14,4). Pamiętaj o tym w chwilach próby.
Kolejne „pójdźmy”, z rodzaju najcięższych i najtrudniejszych: „wstańcie, pójdźmy, oto się zbliża ten, który mnie wyda”. Mt 26,46.
Wezwanie po koszmarnej nocy, gdzie ciężki sen mieszał się z prośbami Jezusa, by czuwali razem z nim, z jego błagalną i pełną bólu modlitwą, ze łzami, z krwawym potem. Nigdy nie widzieli Jezusa tak złamanego, cierpiącego, smutnego...
Gdy zobaczyli tłum pełnych nienawiści napastników, zdradę Judasza, poniżenie, hańbę i pojmanie Jezusa – nie wytrzymali.
„Wtedy wszyscy go opuścili i uciekli”. Mk 14,50.
Źle, że uciekli! Wiele stracili:
mieli szansę zobaczyć doskonałe posłuszeństwo,
mieli szansę zrozumieć, jaką cenę zapłacił Jezus za ich grzechy,
mieli szansę, wśród nienawiści i pogardy, ujrzeć... chwałę Baranka! Skoro pogański żołnierz ujrzał w nim Syna Bożego...
Szkoda, że uciekli. Boże „pójdź” nie jest po to, by się odwrócić i uciekać. Trzeba zwyciężyć strach i pójść! Nie pójdziesz sam – Bóg będzie z tobą!
Zastanówmy się chwilę nad przyczyną ucieczki Apostołów. Może irytujemy się, tym, że wszyscy uciekli, że Piotr zaparł się Jezusa? Daleki jestem od krytykowania Piotra i Apostołów.
Pan Jezus powiedział: „Wy wszyscy zgorszycie się ze mnie tej nocy; napisano bowiem: Uderzę pasterza i będą rozproszone owce trzody”. Mt 26,31.
To wyjaśnia przyczynę ucieczki uczniów:
oni widzieli, jak Pasterz został uderzony!
oni widzieli, jak Pasterz został poniżony i zhańbiony!
oni byli tam, gdy nadeszła godzina i Jezus został wydany w ręce grzeszników (Mt 26,45),
oni znaleźli się w samym środku chwili, gdy nastała „wasza pora i moc ciemności” - była to godzina ludzi nienawidzących Jezusa oraz chwila, gdy nadszedł władca tego świata, by związać i zabić Syna Bożego (zob. Łk 22,53 i J 14,30)
To był ten jeden, jedyny raz!
By się wypełniły Pisma, by dokonała się ofiara, by Baranek Boży został zabity...
Nigdy więcej się to nie powtórzyło! Nigdy więcej! Nikt więcej nie poniżył Jezusa, nie związał go i nie obraził! Jest „Panem panów i Królem królów”! Obj 17,14. Chwała Barankowi!
Jeśli więc łatwo przychodzi nam krytykować Apostołów, pomyślmy – pomimo tego, że znamy wszystkie powyższe fakty i widzimy całą drogę zbawienia, zdarza się, że:
uciekamy od Jezusa – chociaż jest zwycięzcą!
wątpimy – chociaż ma wszelką moc na ziemi i na niebie!
zapieramy się go – a przecież jest wywyższony ponad wszystko!
wstydzimy się Jezusa – a przecież to On będzie sądził żywych i umarłych!
Pomyślmy o tym i wyciągnijmy dobre wnioski.
Są też niezwykle miłe i fascynujące wezwania: „wtedy rzekł do nich Jezus... aby poszli do Galilei, a tam mnie ujrzą”. Mt 28,10.
Ujrzeć Zmartwychwstałego! Dotknąć tego, który zwyciężył śmierć! Usłyszeć: „Dana mi jest wszelka moc na niebie i na ziemi”. Mt 28,18. Ujrzeć, jak Jezus w chwale i triumfie wstępuje do nieba! Och, nieopisana radość i niezwykłe wzruszenie!
Wśród wielu wezwań Bożych, usłyszysz i takie! Wyruszysz w radości i szczęściu tam, gdzie cię wzywa Bóg. Doświadczysz wielkich rzeczy! W zasadzie więcej jest tych wezwań, które przynoszą radość i szczęście, niż tych, które prowadzą w dolinę cierpienia i smutku.
Bądź więc zawsze gotowy odpowiedzieć na (każde) Boże wezwanie: „oto jestem, poślij mnie”. Iz 6,8.
Na koniec niezwykłe „pójdźcie”. Tak piękne, że choćby dla niego samego, warto być posłusznym wszystkim wezwaniom Boga. Moim życzeniem jest, by każdy, kto poznał Boga, usłyszał to wezwanie. Będzie to ostatnie, lecz jakże błogosławione wezwanie, skierowane do tych, którzy wypełnili wolę Ojca i zwyciężyli:
„Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata”. Mt 25,34. Amen!


http://www.chrystusowy.pl/i199,Boze-wez ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 3 kwi 2015, o 20:41

Już nigdy nie grzesz!

Początek piątego rozdziału Ewangelii Jana opisuje niezwykłą historię, dobrze nam znaną, gdyż często stanowiącą temat kazań: uzdrowienie chorego człowieka przy sadzawce Betesda.
Łatwo wczuwamy się w dramat tego człowieka: złożony chorobą od 38 lat, daremnie oczekuje cudu uzdrowienia przy sadzawce. Brak bliskiej osoby, która mogłaby mu pomóc („nie mam człowieka”) i jego niedołężność („zanim tam dojdę”) powodowały, że człowiek ten był pełen rozpaczy i beznadziei, mogąc tylko z coraz bardziej piekącą goryczą w sercu odliczać kolejne poruszenia wody przez anioła i kolejne cudowne uzdrowienia, lecz... nie swojego. Tak naprawdę, to potrzebował podwójnego cudu: cudu poruszenia wody i cudu dotarcia do niej jako pierwszy.
Spotkanie Jezusa z chorym jawi się piękniej niż niejedna baśń.
Pierwszy obraz to godny współczucia chory – choć leży na wyciągnięcie ręki od wybawienia, od 38 lat tkwi w cierpieniu i coraz większej rozpaczy. Nagle przy jego łożu pojawia się tajemnicza postać. Niezwykły pokój tchnący z twarzy Nieznajomego, pełen współczucia i miłości wzrok oraz pełne mocy słowa: „Wstań, weź łoże swoje i chodź”, sprawiają rzecz niezwykłą – do jego głowy i w tej samej sekundzie do jego mięśni dociera pierwszy od 38 lat, skuteczny sygnał – wstań! Moment – i oto stoi! Wśród tłumu innych chorych, zdumionych większym cudem niż dotąd oglądane nad sadzawką Betesda.
Można sobie tylko wyobrazić, jak chory rozgląda się wokoło zdumiony, jak z niedowierzaniem patrzy na swoje nogi, nie wierząc, że stoi, jak jego twarz rozjaśnia nagle niezwykły uśmiech, radość i szczęście. Szuka wzrokiem Nieznajomego, lecz jego już nie ma – skrył się w tłumie.
Tak! Piękne spotkanie, piękna historia! Lecz to nie koniec, bowiem w tej historii było jeszcze jedno spotkanie – w świątyni. O tym spotkaniu mówi się już rzadziej...
Gdyby zadać pytanie – które spotkanie było ważniejsze, może wielu odpowiedziałoby bez wahania – oczywiście, że pierwsze! Wtedy chory doznał uzdrowienia, skończyła się jego gehenna, odzyskał życie, spotkał się z Jezusem. To drugie, to niejako uzupełnienie pierwszego, to dalszy ciąg. Ale jest już pozbawione niezwykłości, sensacji, euforii...
Może, gdybyśmy zdobyli się na szczerość, odpowiedzielibyśmy, że drugie spotkanie jakby gasi radość pierwszego. Dlaczego? Ponieważ padają tam słowa, które gaszą optymizm i euforię wzbudzoną w pierwszym spotkaniu - „oto wyzdrowiałeś; już nigdy nie grzesz, aby ci się coś gorszego nie stało”(w. 14). Och! To zbyt surowe napomnienie...
Czy to było takie ważne? Takie istotne? Znowu o grzechu? Nasze rozdrażnienie wzrasta - zawracać sobie ciągle głowę grzechem: nie grzesz, nie idź tam, nie rób tego, nie wolno ci...
Dzisiaj wielu zżyma się na kaznodziejów, którzy o tym przypominają. Tych, co nawołują do świętego życia, zakwalifikowano do radykałów, „uświęceniowców”, a nawet do... zwiedzionych, bo jakoby głoszą zbawienie z uczynków.
Większość świętuje uzdrowienie, zbawienie, przebaczenie, pojednanie, nie zawracając sobie głowy grzechem.
Tak, według wielu, Pan Jezus tym ostrzeżeniem popsuł atmosferę radości i euforii. Nie powinien chyba tego robić. Lepiej by było, gdyby poklepał go po plecach i powiedział, że w razie gdyby zgrzeszył, niech przyjdzie po łaskę przebaczenia.
Kościoły, które tak „ubierają” Ewangelię, notują największe „sukcesy”. Na tanią łaskę jest coraz większy popyt. Zgodnie z duchem naszych czasów – wszystko ma być miłe, przyjemne i łatwo dostępne.
Jednak warto wyciągnąć prawidłowe wnioski z tego wydarzenia.
Pierwsze spotkanie, to:
pierwszy kontakt z Jezusem,
odzyskanie zdrowia (a wydawało się to niemożliwe!),
radość, szczęście,
szansa na nowe życie.
Drugie spotkanie – przynajmniej tak samo ważne, jak pierwsze! Gdyby do niego nie doszło – uzdrowiony człowiek mógłby stracić to, co zyskał w pierwszym spotkaniu. Mało tego – mógł popaść w o wiele gorszą sytuację!
Drugie spotkanie, to:
poznanie Jezusa. Głębsze, niosące wielkie zmiany już nie cielesnej, lecz duchowej natury,
poznanie przyczyny swego nieszczęścia i otrzymanie bardzo ważnej rady na przyszłość,
wzięcie na siebie odpowiedzialności za swoje czyny i życie.
Istotnym faktem, który należy dostrzec jest to, że do pierwszego spotkania doszło niejako przypadkowo, a do drugiego – „potem Jezus znalazł go w świątyni” (wg BG). To sugeruje, że Pan Jezus szukał go, dążył do tego spotkania. Myślę, że z jednego powodu – chciał go ostrzec:
„Już nigdy nie grzesz!”
Pan Jezus nie powiedział tego mimochodem, na odejście. W tym celu go szukał – by ostrzec.
Czy to naprawdę takie ważne? Tak, ponieważ grzech:
zawsze powoduje stratę,
często prowadzi do choroby, zarówno fizycznej jak i psychicznej,
przynosi rozmaite tragedie: rozbite życie osobiste, rozbite rodziny, a nawet przedwczesną śmierć (samobójstwo),
przynosi wieczne potępienie.
Cena grzechu jest straszna! Grzech prowadzi do kompletnej destrukcji i ruiny, niesie lawinę nieszczęścia, cierpienia i smutku, gubi człowieka na wieki.
A jednak – o dziwo! Jest lekceważony! Szczególnie w naszych czasach, gdzie - zgodnie ze słowami Jezusa -„grzech się rozmnoży” (Mt 24,12).
Co oznacza owo „rozmnożenie”?:
jest go więcej,
wszedł tam, gdzie go kiedyś nie było: do chrześcijańskich rodzin i do kościoła.
ukrył się w sercu – zasiany tam przez internet, wszechobecną rozpustę, przez ulicę.
Ktoś może powiedzieć, że przecież zawsze się tam pojawiał. Tak, lecz dzisiaj nie mówimy o pojawianiu się, lecz o lawinie zalewającej to, co powinno być chrześcijańską ozdobą: miłość, pokorę, cichość, łagodność, skromność, sprawiedliwość, świętość.
Ważne jest, by w sytuacji powszechnego lekceważenia grzechu, mówić o tym, jak straszna i przerażająca jest cena poniesiona w celu zniszczenia grzechu. Można bez kozery powiedzieć, że wywindowana pod niebo.
Zapłacił ją nasz Zbawiciel – Pan Jezus Chrystus.
Nic na świecie nie kosztowało tyle, co zniszczenie grzechu i jego mocy, gdyż:
musiał pojawić się Baranek Boży, by złożyć z siebie ofiarę za grzech,
nie mógł to być nikt z ziemi („pierwszy człowiek ...., ziemski” 1Kor 15,47),
nie można było znaleźć nikogo odpowiedniego ani na ziemi, ani pod ziemią, ani w niebie (Obj 5,3)
musiał to być jeden, jedyny - Boży Syn („drugi człowiek jest z nieba”),
jako Baranek – musiał być czysty. Ani razu nie mógł zgrzeszyć (skłamać, oszukać, wynieść się, powiedzieć złe słowo, okazać nieposłuszeństwo, obrazić się, obrazić kogoś, itp),
służbę wobec swojego Ojca musiał doprowadzić do końca – nawet, gdy trzeba było zapłacić życiem.
Zbrodnią jest nie pamiętać o tym! Zbrodnią jest popełniać znowu grzech!
Czy zatem wiesz, jaka jest cena grzechu?
Pan Jezus ją znał. Pan Jezus ją zapłacił.
Dlatego nie dziwmy się, że zamiast łechtać ucho i mówić, że jakoś to będzie, mówił wprost: „idź i więcej już nie grzesz”. Po to się objawił, po to umarł w męczarniach, byśmy mogli skończyć z grzechem.
Dzisiaj chrześcijaninowi nie mówi się: „nigdy nie grzesz!”. Jest raczej tak, jak w ubezpieczeniu samochodowym – wręcza się „polisę od nieszczęśliwych wypadków”, instruując: w razie „wypadku” (grzechu), udaj się tam i tam i... wszystko będzie dobrze, wszystko już opłacone. Nie martw się!
Pan Jezus nie wręczał takich polis. Mówił: „już więcej nie grzesz”. Bo powołani jesteśmy do wolności a nie do niewoli (Ga 5,13), a „każdy, kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu” (J8,34).
Wiem, że w takich momentach powstaje zwątpienie: chcemy oczywiście zwyciężać grzech, ale czy jest to możliwe? Oczywiście, że tak, bowiem jakże Pan Jezus mógłby wymagać od nas niewykonalnej rzeczy? On nigdy nie nakłada na nas ciężaru ponad nasze siły! (zob. 1Kor 10,13).
Zwycięstwo nie przyjdzie jednak samo z siebie – ot, będziemy siedzieć i czekać na zwycięstwo. Poczekamy, aż pożądliwości ciała same ustaną lub obumrą. Nie tak! Gdy zbliża się grzech, kiedy atakuje nas pokusa, gdy kusi nas świat, gdy dźwiga się z popiołów stara natura – należy podjąć niezwłocznie wielki bój w celu obrony swej czystości, danej od Boga.
To oznacza zaparcie się samego siebie, a to z kolei oznacza wzięcie swojego krzyża, śmierć starej natury i... zwycięstwo! Nie muszę już chyba przekonywać, że z tym wiąże się modlitwa, post, pokarm Słowa Bożego, społeczność świętych.
Na tym polega uczniostwo (zob. Łk 9,23 i 14,25-27). Tak wygląda normalne życie chrześcijanina – wielka, wymagająca wytrwałości praca, przynosząca jednak obfite i błogosławione owoce!
Bóg uczynił wszystko, żebyśmy mogli zwyciężać – Pan Jezus pokonał wszystkich naszych wrogów, w Nim mamy przykład jak żyć życiem zwycięskim, otrzymaliśmy Ducha Świętego, by w Jego mocy zwyciężać, zostaliśmy zrodzeni na nowo, by móc wieść nowe życie. Chwała Panu Bogu!
Bracia i Siostry, niech świadomość tego, jaką cenę musiał zapłacić Pan Jezus za nasz grzech, motywuje nas do czystego i świętego życia.


http://www.chrystusowy.pl/i201,Juz-nigd ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 28 cze 2015, o 21:35

Dzieło zbawienia i oczyszczenia

Mal. 3,1-3

W powyższym fragmencie Pisma Świętego znajdujemy niezwykłe proroctwo dotyczące przyjścia Jezusa na świat. Prorok nie wspomina w nim Betlejemu, żłóbka, Dzieciątka lecz widzi mocnego i władnego Jezusa, przychodzącego z ogniem i ługiem służącym do wytapiania i oczyszczania.

Ba, w tym proroctwie zamiast radości z powodu przyjścia Zbawiciela, pojawia się dramatyczne pytanie: „kto będzie mógł znieść dzień jego przyjścia, kto się ostoi”?

Przywykliśmy nazywać DZIEŁO Boże dokonane przez Jezusa Chrystusa, jako DZIEŁO ZBAWIENIA. Lecz to tylko połowa, początek DZIEŁA.

Cały wymiar Bożego DZIEŁA, to zbawienie i oczyszczenie.

DZIEŁO ZBAWIENIA, to:

oczyszczenie z grzechów, przebaczenie (pokuta, nowe narodzenie)

złamanie mocy grzechu (już nad nami nie panuje!) Rz 6,14

prawo nazywania się dziećmi Bożymi - a to jest równe z prawem przystępu do Boga, do tronu łaski, do korzystania z Bożych darów.

A DZIEŁO OCZYSZCZENIA? Na pewno inne niż to, które znał człowiek do tej pory.

Choćby z historii Izraela: dzieło oczyszczenia polegało na tym, że ilekroć człowiek popełnił grzech – składał ofiarę. Wracał do domu oczyszczony – popełniał znowu grzech – i znowu szedł z ofiarą za grzech. Składanie ofiary nie zmieniało jego serca! Powodowało tylko oczyszczenie z grzechu. Wnętrze nadal pozostawało niezmienione. Serce nadal było kamienne, karki – twarde, oczy biegały za cudzołożnicami, uszy – nastawione na głos świata, język – wymawiał słowa ostre, przykre, kłamał, oczerniał itp.

Dlaczego oczyszczenie jest dla Boga tak ważne? Bo Bogu nie chodzi o to by ofiar było wiele, by świątynia była imponująca, by w tej świątyni było dużo ludzi, by była dobra muzyka, ciekawe przedstawienie...

Bardziej ceni sobie (i oczekuje) by ci, co przychodzą - byli świętymi i sprawiedliwymi!

Nie tyle chodziło mu o ilość, ile o jakość. Izrael jest tego dobrym przykładem:

„Pochwyciłem cię na krańcach ziemi... nie wzgardziłem tobą...” Iz 41,9.

Nie wybrał narodu 100 milionowego, a mógł...

Wybrał niewielki naród, oddzielił ich od innych ludów (znak obrzezki, Ziemia Obiecana), nadał Prawo, i...?

„Przekopał ją i oczyścił z kamieni.. . Oczekiwał, że wyda szlachetne grona, lecz ona wydała cierpkie owoce”. Iz. 5,1-2

Gorzki zawód! Co to są cierpkie owoce? Kwaśne, gorzkie, nie do spożycia!

Mówił: „świętymi bądźcie, bo ja jestem święty” - lecz oni nie byli świętymi,

Mówił: „nie mieszajcie się z poganami” - lecz oni mieszali się (zob. Jr 10,2),

Mówił: „nie będziesz miał innych bogów..” - lecz oni uprawiali bałwochwalstwo.

Bóg jednak konsekwentnie dążył do radykalnej zmiany. Objawiał swoje zamiary i plany:

„świętymi bądźcie...” 3M 11,44-45

„sprawiedliwi posiądą ziemię i zamieszkają w niej na wieki” Ps 37,29

„niech wejdzie naród sprawiedliwy, który dochowuje wierności” Iz 26,2

„a lud twój będą stanowić tylko sprawiedliwi” Iz 60,21

„wzbudzę sobie lud prawy” Łk 1,17

Kościół zbudowany na fundamencie Jezusa Chrystusa jest zrealizowaniem Bożych pragnień! To Kościół, który tworzą święci i sprawiedliwi.

Rodzi się jednak ważne pytanie: czy nasze życie wpisuje się w Bożą wizję? Czy jesteśmy święci i sprawiedliwi?

Powiesz: „dobrze, lecz jak znaleźć sprawiedliwych? Skąd ich wziąć? Bo pomimo tego, że jestem zbawiony – jest we mnie wiele niedoskonałości, wiele razy upadam, ciągle grzeszę...”.

I tu pojawia się ważna rzecz: jeśli dzieło Boże rozumiemy tylko jako zbawienie – faktycznie nie wiemy skąd Bóg mógłby wziąć sprawiedliwych i świętych. Wtedy musimy mówić (jest to akt naszej samoobrony), że sprawiedliwość Jezusa zastąpiła naszą (nie)sprawiedliwość, a Jego świętość jest naszą świętością.

Jednak nigdzie w Biblii nie znajdujemy tekstu o zastąpieniu. Chrystus nie zastąpił naszej sprawiedliwości swoją. Nie zakrył naszej szpetoty swoją świętością.

Zastąpił nas jedynie na... krzyżu, biorąc na siebie nasz grzech i przyjmując wyrok wydany na nas! Chwała Panu Jezusowi!

Boży plan jest inny: nie - „zastąpić”, lecz - „nauczyć”!

Dlatego Jezus pojawił się na ziemi jako człowiek. Narodzony z Marii, wzrastał od niemowlęctwa do dojrzałości, uczył się, dojrzewał, był doświadczany we wszystkim jak my. Świadectwo życia, jakie pozostawił było niezwykłe, potężne i zachwycające! I w pełni odpowiadało Bożym planom.

Jezus żył sprawiedliwie po to – byśmy mogli się nauczyć sprawiedliwości!

On wiódł święte życie – byśmy mieli wzór do naśladowania!

Wracając do postawionego powyżej pytania: skąd wziąć sprawiedliwych i świętych?

Otóż, gdy DZIEŁO ZBAWIENIA połączymy z DZIEŁEM OCZYSZCZENIA – wtedy wyraźnie widzimy, skąd biorą się święci i sprawiedliwi!

DZIEŁO ZBAWIENIA – to powołanie grzeszników, omycie z grzechów, usynowienie.

DZIEŁO OCZYSZCZENIA – to oczyszczanie i wypławiane wnętrza, serca. To czyszczenie srebra i wytapianie złota. To formowanie ludu godnego Boga!

Gdzie możesz stać się sprawiedliwym? Tylko przy ołtarzu oczyszczenia!

Nie stajesz się sprawiedliwym z upływem lat lub przez pobranie wykształcenia. Nie osiągasz sprawiedliwości własnym wysiłkiem, pchając mozolnie pod górę „kamień Syzyfa”. Wielu tak próbuje – własnymi uczynkami, własnymi siłami i... upadają. Narzekają: „och, jak ciężko, to niemożliwe do osiągnięcia!”

Gdy mówisz takim zrezygnowanym ludziom o sprawiedliwym życiu, nie wierzą a nawet podejrzewają cię o głoszenie... zbawienia z uczynków.

Chciałoby się odpowiedzieć: „gdzie Rzym, gdzie Krym...?”

Do sprawiedliwego życia nie przychodzimy własnymi siłami!

Płaszcz sprawiedliwości jest darem, danym od Boga!

„Oblókł mnie w szaty zbawienia, przyodział mnie płaszczem sprawiedliwości”.Iz 61,10.

Zarówno zbawienie jak i sprawiedliwość – są Bożym prezentem. Chwała Panu Bogu!

Z tym, że szaty zbawienia otrzymujesz pod krzyżem, a płaszcz sprawiedliwości otrzymujesz... przy Bożym ołtarzu oczyszczenia!

W jaki sposób działa Boży ogień i ług?

przez doświadczenia – wypławia naszą wiarę, 1P 1,6-7,

przez Słowo Boże - „słyszeliście... a ja wam powiadam...” (zob. Mt 5,21nn). To jest ogień! „odrzućcie więc wszelką...” 1P 2,1. To jest ogień! Nie tylko wielką złość, lecz wszelką.

przez krzyż – on niszczy, zadaje śmierć starej naturze, a więc wszelkim pokładom zła i nieprawości. To ogień o niesamowitej mocy!

To wielki ogień - pali bezwzględnie najdroższe nawet (nasze) skarby!

Stąd ważne pytanie:„kto się ostoi... kto zniesie dzień jego przyjścia?”:

nie ostał się bogaty młodzieniec! A tak bardzo chciał wejść do Królestwa Bożego,

uciekli przed żarem ognia faryzeusze i uczeni w Piśmie – gdy ogień dotknął ich pychy i obłudy,

ileż to niewiast nie może znieść ognia, gdy mają być przyozdobione nie tym co zewnętrzne, lecz klejnotem łagodnego i cichego ducha 1P 3,3-4,

iluż mężów nie ostało się przy ogniu, który dotknął ich pychy i dumy Słowem: „miłujcie żony swoje i okazujcie im cześć” 1P 3,7,

iluż młodzieńców (panien) nie wytrzymuje ognia, który chce wypalić ich miłość do świata, ich pożądliwości cielesne. Uciekają i chowają się razem ze swoimi światowymi i cielesnymi„skarbami”.

DZIEŁO ZBAWIENIA – wyrywa nas z ciemności, wybiela szaty, rodzi nas do nowego życia. Narodzenie na nowo, to nie tylko narodzenie jeszcze raz, drugi raz. Nie! To zrodzenie do NOWEGO czyli INNEGO życia! Życia w wolności od grzechu, od świata i od swoich pożądliwości.

To„stworzenie do dobrych uczynków”! Ef 2,10. To otwarta droga do sprawiedliwości i świętości! Chwała Bogu, że zrodził nas na nowo!

DZIEŁO OCZYSZCZENIA – czyni nas świętymi! Sprawiedliwymi we wszelkim postępowaniu! 1P 1,15-16.

Dzisiaj kościół odwrócił się od Jezusa i ognia oczyszczającego – i patrzy na świat, na ludzi.

Głosząc Ewangelię, szuka sposobów, by zwabić ludzi do Boga. Szuka „rewelacyjnych” programów (np. Ricka Warrena), głosi ewangelię sukcesu, wabi niezwykłymi ponoć przeżyciami typu: „odpoczywanie w duchu”, „upijanie się duchem”, i innymi, skandalicznymi zachowaniami (przewracanie się i wpadanie w drgawki, nieartykułowane krzyki, bełkot, niekontrolowany śmiech). Świadomie piszę „duch” z małej litery, bo jakiż to może być duch..?

Chrystus ani Apostołowie nie wabili. Mieli moc Ducha Świętego, który przejawiał się w świętym i zwycięskim życiu oraz pełnym Bożej mocy zwiastowaniu.

Bóg woła: nawróćcie się do mnie! Przyjdźcie do ognia oczyszczenia – zostaniecie wypaleni jak glina - w piękne naczynie, wytopieni jak złoto!

Kościół bez sprawiedliwości i świętości nie ma siły, by przebić ciemność świata. Trzeba więc przyjść do ognia Bożego, gdzie w miarę, jak „nas będzie ubywać”, zostaniemy wypełnieni mocą i chwałą, blaskiem Jezusa Chrystusa! Gdy wtedy zwrócimy się do świata, by głosić zbawienie w Chrystusie – świat zobaczy właśnie Chrystusa – niezwykłego, nadzwyczajnego, cudnego!

I padnie przed Nim na kolana, w pokucie!

Ewangelizacja, to jedna rzecz.

Jeszcze ważniejsza sprawa – to nasz duchowy stan, gdy przyjdzie Chrystus po Oblubienicę - świętą i czystą na wskroś. Święty Apostoł Piotr pyta (2P 3,11-14): „jakimiż powinniście być w świętym postępowaniu i w pobożności...”? I dodaje:„starajcie się, abyście znalezieni zostali przed nim bez skazy i bez nagany, w pokoju”. Bez ognia oczyszczenia jest to niemożliwe!

I trzecia rzecz - najważniejszy powód, któremu służy DZIEŁO OCZYSZCZENIA:

„Potem będą mogli składać Panu ofiary w sprawiedliwości. I miła będzie Panu ofiara...” Mal 3,3-4

Ofiary miłe Bogu możemy złożyć POTEM - gdy wypali nas ogień oczyszczenia...

A złożenie Bogu miłej ofiary – to rzecz najważniejsza, przed wszystkimi innymi.

Chwała Panu Bogu za dokonane pełne DZIEŁO – ZBAWIENIA I OCZYSZCZENIA!


http://www.chrystusowy.pl/i203,Dzielo-z ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 6 lip 2015, o 20:54

veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 9 paź 2015, o 17:36

Świętość - niezwykły i delikatny dar Boży

Przeczytajmy fragment Księgi Aggeusza 2,11-14.
Pan Bóg przekazując przez proroka Aggeusza te słowa daje bardzo cenną lekcję. Pokazuje, jakimi prawami rządzi się świat duchowy.
Tak, jak na Ziemi działają różne prawa, tak też jest w rzeczywistości duchowej.
Dla przykładu: prawo grawitacji – rządzi niepodważalne na całej naszej planecie i nie da się go ominąć, unieważnić czy zmienić, choćby bardzo się tego chciało. Kamień, rzucony w jakimkolwiek zakątku Ziemi – zawsze spadnie w dół.
Również dziwne i nie do końca wytłumaczalne prawa rządzą światem duchowym.
Z powyższego fragmentu dowiadujemy się, że:
grzech (nieczystość) jest niezwykle toksyczny, brutalny i zaraźliwy. Czegokolwiek by się nie dotknął – zmienia jego cechy i strukturę. Zwykły, czysty chleb, wino, oliwa lub jakikolwiek inny pokarm, dotknięty przez grzech – staje się nieczysty. Przejmuje całą nieczystość i skażenie! To powinno wzbudzać przerażenie! Dlatego nie mogę zrozumieć tych chrześcijan, którzy – jak ślepi – dotykają się grzechu, miłują świat i zamiast walczyć z grzechem aż do krwi – brudzą się nim przy niemal każdej okazji.
świętość – czysta i piękna, choć delikatna – nie ma w sobie nic z cech, którymi charakteryzuje się nieczystość. Choć sama jest czysta i piękna, nie przekazuje swoich cech innym. Chleb czy wino, w zetknięciu ze świętością, nie przejmują automatycznie cech świętości. Nadal pozostają zwykłym chlebem i winem.
Te niezbywalne duchowe prawa powodują, że naród Boży, Izrael, nawet wtedy, gdy przychodzi do świętej świątyni, gdy składa święte ofiary – nie spełnia Bożych oczekiwań. Z powodu dotknięcia przez grzech sam jest splamiony i „cokolwiek ofiaruje, będzie nieczyste” w. 14
Znając te duchowe prawa, możemy zrozumieć, że świętości nie nabywa się:
przez przebywanie w kościele – choćby to był „święty kościół”.
przez dotknięcie się „świętej” rzeczy (iluż to ludzi przemierza świat w poszukiwaniu „świętej wody”, „świętego talizmanu”, itp.).
przez fakt uczestnictwa w zgromadzeniu lub miejscu, gdzie dzieją się „święte rzeczy” - uzdrowienia, cuda, znaki.
Poza powyższymi wnioskami powinna dotrzeć do nas niezwykle ważna prawda – grzech kazi wszystko, czego się dotknie!
Dla lepszego zobrazowania tych zależności przytoczmy prosty przykład:
wlejmy do 1 litra białej farby zaledwie 10 ml czarnej. Biel zniknie! Tak destrukcyjnie działa grzech.
Z kolei do 1 litra czarnej farby dodajmy nawet 20, 30 ml białej. Czy to coś zmieni? Nie, farba nadal będzie czarna.
To dlatego Pan Jezus – aby stworzyć lud święty i czysty – oddzielił nas od ciemności. Wyprowadził z nieczystego świata i przeniósł do swojego Królestwa. Jest to tak wyraźne oddzielenie, że w swojej modlitwie Jezus mówi o nas: „są na świecie... lecz.... nie są ze świata” (zob. J 17,11-17).
Świętości nie otrzymujemy przez „przemalowanie”, przez zewnętrzny lakier, przez makijaż.
Jest zbyt wrażliwa!
Nie miałaby najmniejszej szansy na przetrwanie! Pierwsze zetknięcie z nieczystością zniweczyłoby jej biel.
Świętość musi przeniknąć całe nasze wnętrze. Objąć wszystko – serce, duszę i myśli.
Dlatego nasza świętość nie kończy się na spotkaniu Jezusa, nawet na chrzcie Duchem Świętym.
To początek świętości.
„A kto święty, niech się nadal uświęca” - mówi do swoich uczniów zmartwychwstały Król i Pan, Jezus Chrystus (Obj 22,11)
W jaki sposób i gdzie dokonuje się nasze uświęcenie?
Przy Bożym ołtarzu oczyszczenia, o którym mówi Bóg przez proroka Malachiasza (zob. r. 3,1-3). Gdy poddajemy się działaniu Bożego ognia, zostajemy wytopieni i oczyszczeni. Wszelka nieczystość wypływa na wierzch i jako żużel zostaje wyrzucona precz. Złoto staje się bardziej cenne, bardziej czyste, osiąga najwyższą próbę.
Takimi zaś mamy być! „Bez skazy i bez nagany” (2P 3,14). „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (1P 1,16).
Jest jedna niezwykle istotna różnica pomiędzy tym, co napisane jest w Księdze Aggeusza a Malachiasza.
Puentą wynikającą z fragmentu Księgi Aggeusza jest: „cokolwiek oni ofiarują, będzie nieczyste” (2,14).
A puenta w proroctwie Malachiasza? Co dzieje się po oczyszczeniu? „Potem będą mogli składać Panu ofiarę w sprawiedliwości. I miła będzie Panu ofiara...” (3,2-4).
Niesamowite! Cudowne! Właśnie tego od wieków oczekiwał Bóg! Świętej, czystej, miłej ofiary.
A jaka jest twoja ofiara?
W pewnym kraju żyło dwóch bardzo bogatych ludzi. Obaj mieli wiele dóbr, lecz najcenniejsze były dla nich złote klejnoty rodowe. Przekazywane od pokoleń, były strzeżone jak największy skarb. Kiedyś obaj dowiedzieli się, że złoto, z którego były wykonane klejnoty, nie było najwyższej próby.
Udali się do złotnika po radę.
„Oczywiście – powiedział złotnik – mogę uzyskać z waszych klejnotów złoto najwyższej próby, lecz jest na to tylko jeden sposób... Muszę wrzucić je do tygla i... przetopić! Już nigdy nie odzyskają swojego pierwotnego kształtu...”
Ten, któremu zależało na złocie najwyższej próby – zgodził się.
Drugi zabrał swoje klejnoty do domu...
Tak, każdy z nas ma „swoje” klejnoty. Leżą głęboko ukryte w zakamarkach serca i są zazdrośnie strzeżone. Są nimi nasze „odwieczne zasady”, wartości, priorytety, „niezbywalne prawa”.
Dla mężczyzny mogą to być zasady typu: „nigdy nie tknę się mycia garnków, sprzątania, pieluch... Nigdy pierwszy się nie ukorzę, pierwszy nie przebaczę... Nigdy nie zrezygnuję z.... Jestem silny i nigdy nie okażę swojej słabości”.
Dla kobiety mogą to być „klejnoty” typu: „nigdy nie dam sobą rządzić, nigdy nie ulegnę mężowi w.... Nikomu nie zdradzę ile mam lat, nikt nie ujrzy siwych włosów na mojej głowie, bo to hańba... Mam swój honor i nigdy nie dam go podeptać”.
Przepraszam, że (z ciekawości, ot co) zapytam: skąd masz te klejnoty, kto ci je przekazał?
Dla nas – klejnoty.
Dla Boga – nieczysta, splugawiona szata... (Iz 64,5 bp)
Gdy przyjdziesz do ołtarza oczyszczenia (bo chcesz się uświęcać) – Jezus to wszystko wrzuci do tygla i stopi. Już nigdy nie będzie tym, czym było. Oddzielony żużel będzie wyrzucony. Złoto stanie się czystsze!
Jeśli nie wrócisz ze swoimi klejnotami do domu („lecz kto się ostoi?” Mal 3,2), lecz zgodzisz się ofiarować siebie – już nigdy nie będziesz mówić – nigdy!
Zamiast tego powiesz: „Ojcze, nie moja, lecz twoja wola niech się stanie”. Łk 22,42.
Powiesz tak, choćby kosztowało cię to nawet... życie! (zob. Łk 14,26 i 33).
Wielkie to wyzwanie, wielka ofiara – bo przecież miłujemy swoje życie, miłujemy siebie. Warto je jednak stracić! (zob. J 12,25). Świętość może wejść tylko tam, gdzie umarł stary człowiek.
Świętość – niezwykła, wspaniała szata, darowana od Boga Oblubienicy Chrystusa.
„Oblókł mnie w szaty zbawienia, przyodział mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca...” Iz 61,10.
Świętość, to nie jakiś marny kombinezon roboczy, porwane jeansy, T-shirt, czy choćby najmodniejszy ciuch...
Raczej – najprzedniejszy jedwab, zwiewny, miły w dotyku, olśniewający!
Bo też okrywa tę jedyną, najpiękniejszą – Oblubienicę Jezusa Chrystusa!
„Kimże jest ta, która jaśnieje jak zorza poranna, piękna jak księżyc, promienna jak słońce...” PnP 6,10.


http://www.chrystusowy.pl/i216,Swietosc ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Waldemar Świątkowski - nauczanie

Postprzez veteran » 26 paź 2015, o 21:40

Szata zbawienia i płaszcz sprawiedliwości
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo


Powrót do KAZANIA, WYKŁADY, KSIĄŻKI

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość