Krzyż

Krzyż

Postprzez veteran » 13 paź 2014, o 21:23

veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 13 paź 2014, o 21:25

Rozdział pierwszy
Weź swój krzyż i naśladuj Mnie!

Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: "Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mateusz 16, 24. 25).

Każdy wierzący powinien zadecydować z własnej, nieprzymuszonej woli, iż brać będzie i nosić swój krzyż codziennie. Musi obliczyć koszt, zaprzeć się samego siebie i naśladować Jezusa w nieprzerwanym, dobrowolnym akcie składania w ofierze swojego życia.

A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe (Rzymian 12, 1. 2).

Dla wierzącego, który raz doświadczył życia, prowadzonego z niesieniem krzyża, staje się ono drogocenną rzeczą. Okazuje się wtedy, że pragnie on krzyża Jezusa Chrystusa bardziej niż czegokolwiek innego. Bierze on na siebie swój krzyż w pełnej świadomości tego, co wszystko jest z tym związane. Krzyż staje się środkiem jego identyfikacji z Bogiem i krzyż ten może się przejawiać w Bożym planie odnośnie jego osobistego życia.

Bardzo niewielu jest takich wierzących, którzy co poranku wstają w nastroju entuzjazmu i zadowolenia, i w których duszy rzeczywiście funkcjonują niebiańskie cechy Boże. Jest rzeczywiście mało chrześcijan, którzy biorą swój krzyż w pełnym zrozumieniu prawdy o jego znaczeniu - prawdy, która przemienia życie. Wielu ludzi przyjmuje Boży plan dla swojego życia i wstępuje w ten plan, spodziewając się rzeczy najlepszych, lecz czynią to, nie wziąwszy na siebie krzyża. Kiedy pojawia się jakaś trudna sytuacja, uważają, że spotykająca ich w tym czasie konkretna próba jest właśnie ich krzyżem. Wielu chrześcijan zostało przesiąkniętych takim sposobem myślenia, który nie zna pojęcia praktycznego zastosowania krzyża jako podstawowego układu odniesienia.

Krzyż jest Bożym przeznaczeniem dla mojego życia. Zapieram się samego siebie w każdym dniu mojego życia. Wiem, czym jest krzyż. Decyduję się na przyjmowanie i niesienie go. Wiem bardzo dobrze, co robię. Krzyż jest zarówno od strony umysłowej jak i uczuciowej czymś, co biorę na siebie dobrowolnie każdego dnia. Winno to obejmować całkowite zaparcie się siebie, w przeciwnym wypadku bowiem nie niosę swojego krzyża.

Gdybyśmy widzieli swoją sytuację tak, jak widzi ją Bóg, stwierdzilibyśmy, że przyczyną naszych ludzkich rozdrażnień i powikłań jest to, że uchyliliśmy się od niesienia swojego krzyża. Często uważamy, że próby są naszym krzyżem, zesłanym na nas przez Boga rzekomo dla spowodowania naszego wzrostu. To nie jest biblijną definicją krzyża. Krzyżem nie są trudności. Krzyż to coś, co biorę dobrowolnie, tak samo jak Jezus przyjął Swój krzyż w posłuszeństwie względem niebieskiego Ojca.

To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM - ku chwale Boga Ojca. (Filipian 2, 5-11)

Kiedy człowiek podejmuje krzyż przez konkretny akt swej woli (tj. przez zdecydowane nastawienie umysłu i za zgodą swoich uczuć), uzyskuje on zdolność ujawniania Bożego życia. Nie podejmuje żadnego wysiłku, aby ratować samego siebie. Wziął na siebie własny krzyż i idzie naprzód w pełni świadomy, że bez względu na to, czy spotkają go błogosławieństwa, czy przeciwności, obrał on dla swojego życia Boga i Jego krzyż.

Taka decyzja usuwa wszelkie pytania pod adresem Boga. Usuwa ona całkowicie wszelkie reakcje grzesznej natury po Adamie. Ujawnia ona także wyraźnie zaangażowanie i oddanie się wierzącego, wskazując na to, że odkrył on coś szczególnego: możliwość posuwania się z Bogiem naprzód w mocy krzyża.

Niewielu wierzących podejmuje decyzję codziennego noszenia swojego krzyża. Niektórzy wstają rano i mają chwile skupienia przed Bogiem, lecz nie czynią tego w pełnym zrozumieniu potrzeby podjęcia swojego osobistego krzyża i niesienia go przez cały ten dzień. Na przykład, do pierwszej swojej trudnej sytuacji wchodzisz będąc całkowicie umarły dla samego siebie, dla wszystkiego i dla wszystkich. "Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu" (Kolosan 3, 3). Twoje uczucia są całkowicie umartwione i wolne od wszelkich odruchów. Nie ma w tobie zainteresowania samym sobą ani pragnienia ratowania się. W krzyżu nie ma "obowiązku". Nie ma w nim odchodzenia z szemraniem lub wzdychaniem nad kłopotliwymi chwilami w ciągu dnia. Nie ma tutaj żadnej presji ani napięcia, lecz całkowite oddanie się do dyspozycji Boga.

Życie staje się przyjemnością, kiedy pozwalam, aby Bóg był moim Królem, aby Chrystus był moim Panem, aby Duch mnie prowadził, aby Słowo objawiało mi prawdę i aby obfite życie było moim udziałem. Przeciętny wierzący przechodzi przez próby, z którymi nie potrafi sobie poradzić ani ich wytłumaczyć. Jest przez nie rozstrojony, ponieważ nie zaparł się samego siebie i nie podjął swojego krzyża na dany czas. Taki przeciętny wierzący, szczerze mówiąc, nie jest "praktycznym" wierzącym. Wierzy on tylko czasami. Wierzy, jeśli jest to dogodne. Wierzy, jeśli jest to korzystne. Wierzy, kiedy trzyma koniec mocno w garści. Wierzy, kiedy ma za plecami mocne oparcie. Nie jest jednak doświadczonym, codziennym wierzącym, gdyż nie rozumie, że z własnej woli powinien brać na siebie swój krzyż codziennie. W 1 Liście do Koryntian 15, 31 Paweł powiada: "Każdego dnia umieram". Wstąpił on świadomie w ten zdecydowany akt codziennego współukrzyżowania swojej woli z Panem Jezusem Chrystusem. Dobrowolnie uaktywniał tę prawdę w swoim postępowaniu, decydując się każdego dnia na nowo na wiarę w to, że jego stara natura po Adamie włączona została w tę jedną śmierć, którą umarł Jezus Chrystus.

Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca (Rzymian 6, 4).

Nie jest to skutkiem strachu. Paweł przeszedł swobodnie przez śmierć współ-ukrzyżowania z Chrystusem i odzyskał życie przez wiarę w zmartwychwstanie.

Pan Jezus powiedział:

"Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!" (Łukasz 9, 23).

Zwróć szczególną uwagę na słowa: "niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!" Dlaczego powiedział On: "niech co dnia bierze krzyż swój"? Ponieważ uczył On lekcji życia w wierze i charakterze miłości. Otóż, możemy mieć wiarę, by móc nawet góry przenosić, a nie mieć miłości. Oznacza to, że możemy mieć wiarę przez Słowo, lecz nie posiadać charakteru. A co dzieje się, kiedy mamy kategoryczne Słowo Boże, a zarazem Boży Duch Święty kształtuje w naszych sercach miłość Bożą, a przy tym obie te rzeczy współdziałają ze sobą w życiu? Wtedy posiadamy zarówno wiarę, jak i charakter miłości. Ten charakter miłości pochodzący z wiary sięga dalej niż tylko "żądaj i bierz". Jest to wiara, która działa przez miłość (Galacjan 5, 6). Jest to wiara zdolna przenosić góry poprzez Bożą naturę miłości. Jezus uczył właśnie takiej lekcji. "Co dnia" oznacza każdy poszczególny dzień. Jest tu mowa o naszym własnym krzyżu. Wierzący bierze na siebie swój własny krzyż decyzją swojej własnej woli. Oznacza to, że Bóg kierować będzie krokami wierzącego, tak iż będzie on miał swój własny krzyż, będący jego identyfikacją z Golgotą.

A dalej język grecki wyraża coś pięknego: "weź swój własny krzyż, lecz czyniąc to ciągle naśladuj Mnie". Czy wiecie, dlaczego zostało to powiedziane w ten sposób? Ponieważ gdy ludzie zaczynają nieść krzyż, przestają naśladować Pana Jezusa Chrystusa przez Jego krzyż. Zaczynają zajmować się swoim własnym krzyżem. Utkną wtedy, zapierając się samych siebie i żyjąc w legalizmie, uczynkach albo naturalnej dobroci. Popadają w zniechęcenie i wchodzą w uczynki kontrolowane przez umysł, co wprowadza ich w zamieszanie, apatię i opryskliwość. Jezus w związku z tym mówi: "Chcę, byś zaparł się samego siebie i wziął swój krzyż, jaki ci daję, kierując krokami twojego życia w sposób, jaki zaplanowałem. A czyniąc to bez przerwy trwaj w naśladowaniu Mnie przez Moje życie i Moje Słowo, mieszkające w tobie. Nie zaprzestawaj naśladować Mnie". Siła duchowa musi przezwyciężyć władzę uczuć nad wolą. Każesz swojemu ciału rano wstać i ono wstaje, by pójść do pracy. Mówisz: "Nie będę jadł dzisiaj tych słodyczy" i twoja wola ma taką siłę, że nie jesz ich. Mówisz: "Wypocznę tyle, ile trzeba" i w Panu poprzez Słowo twoja wola otrzymuje taką siłę, że zdobywasz się na właściwy odpoczynek. Mówisz: "Mógłbym się martwić. Mógłbym przeżywać pokusy. Ale ja nie będę tego robić" - i przez Jezusa Chrystusa i Jego Słowo, mieszkające w tobie, nie robisz tego. Odmawianie sobie pewnych rzeczy rozwija potężne mięśnie duchowe. Twoja wola wraz ze Słowem Bożym i napełniającym cię kosztownym Duchem przez wiarę i charakter miłości zaczyna przy pomocy zdrowej nauki kierować twoim umysłem. I kiedy stajesz twarzą w twarz przeciwko szatanowi, siłom demonicznym i wszelkim zasadzkom, namiętnościom i bodźcom, pochodzącym z ciała, doświadczasz nowego zwycięstwa. Stwierdzasz, że jesteś spokojny i odprężony. Masz pokój. Kierujesz się motywami miłości. Czujesz w sobie łagodność. A jeśli zawiedziesz, jesteś natychmiast gotowy zdobyć się na szczerość i wyznać to. Nie ma wielkiego problemu, ponieważ załatwisz to i idziesz dalej. Najpiękniejszą zaś rzeczą w tym wszystkim jest to, że postępując tak jesteś "lepszy niż mocny, lepszy od zdobywcy grodu" (Przysłów 16, 32). Możesz panować nad szatanem, demonami, okolicznościami, nad ciałem i rzeczami tajemnymi i niewidzialnymi, ponieważ wewnątrz posiadasz Chrystusa. Posiadasz zdrową naukę, która jest prawdziwa i skuteczna przez wiarę. Posiadasz przemieniony charakter, ponieważ Duch Święty tworzy w tobie autentyczną miłość Bożą, w której możesz odpoczywać. Nie musisz przy tym polegać na uczynkach ani na czymkolwiek innym. Polegasz na Jego charakterze, Jego miłości, Jego naturze, Jego obietnicach i Jego Słowie.

Krzyż jako podstawowy układ odniesienia Carl H. Stevens


http://czytelnia.berea.edu.pl/rozne/krzyz_1.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 14 paź 2014, o 20:04

Brać swój krzyż

Mój kuzyn miał dużego, pięknego psa eskimoskiego. Wabił się Sybil i był jednyn z najbardziej łagodnych psów, które znałem. Ale miał jedną wadę - nie znosił kotów, zagryzał je. Zawsze, kiedy zobaczył kota, konflikt był nieuchronny - walka na śmierć i życie. Klasyczne potwierdzenie porzekadła: „Jak pies z kotem”. W domu mojej cioci był pewien stary, mądry, doświadczony i twardy kot, co potwierdzały liczne blizny na jego ciele. Nazywał się April. Pewnego dnia zobaczył go Sybil. Pewnie pomyślał: „Jeszcze jeden kot - coś na ząb”. Ale nagle April skoczył na niego i wpił mu się pazurami w kark. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy Sybil zaatakował April!
Każdy wierzący doświadcza walki wewnątrz siebie. Biblia mówi, że nasza stara natura, nasz „stary człowiek” (Rz 6,6), walczy przeciwko naszemu duchowi i naszemu pragnieniu podobania się Bogu.

Nasza stara natura - co to jest? To ludzki intelekt, ludzka wola i ludzkie uczucia, nasza skłonność, aby żyć niezależnie od Boga. Zanim postanowiliśmy naśladować Jezusa, nasz intelekt, nasza wola i nasze uczucia kierowały nami. Chodziliśmy swoją drogą i żyliśmy niezależnie od Boga. Kiedy jednak podjęliśmy decyzję, aby odwrócić się od naszych grzechów i naśladować Jezusa, zaufać Jemu i oddać Mu kierownictwo w naszym życiu, Duch Święty przyszedł do naszego życia. Od tej chwili Duch Święty mieszka w nas, ale ludzki intelekt jeszcze istnieje w nas. Jeszcze mamy ludzką wolę. Nasze ludzkie uczucia jeszcze działają w nas. Apostoł Paweł określił to tak: „... stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu...” (Rz 7,21-23 wg BT).

Jak zwyciężać w tej walce, aby „nasz stary człowiek został wespół z Nim ukrzyżowany, aby grzeszne ciało zostało unicestwione, byśmy już nadal nie służyli grzechowi” (Rz 6,6). W jaki sposób mamy rozprawić się z naszym „starym człowiekiem”?

Codzienne branie swojego krzyża

Jezus powiedział: „Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie” (Łk 9,23). Ludzie w Palestynie mieli jasny obraz tego, co miał na myśli. W tamtym czasie skazaniec brał belkę poprzeczną krzyża i niósł ją na miejsce, gdzie był krzyżowany. To właśnie jest istota wyrażenia „wziąć krzyż swój na siebie”. To oznacza ukrzyżować siebie. Jezus wzywa nas, żebyśmy wzięli nasz krzyż i poszli za Nim na miejsce ukrzyżowania. Na miejsce, gdzie nasz stary człowiek, nasza skłonność do grzechu są ukrzyżowane. Tam, gdzie pragnienie, aby żyć niezależnie od Boga, jest ukrzyżowane i uśmiercone. To oznacza ukrzyżowanie siebie. Dlatego Paweł mógł napisać: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Gal 2,20).

Kiedy Jezus mówi o niesieniu naszego krzyża, nie chodzi mu o krzyż, na którym On umarł. Jezus mówi o krzyżu, na którym jest nasze imię. Kiedy wzywa, abyśmy brali swój krzyż, wzywa, żebyśmy przychodzili i umierali. To właśnie Jezus miał na myśli, kiedy mówił o codziennym braniu na siebie swojego krzyża, zapieraniu się siebie i naśladowaniu Go.

Naśladować Jezusa oznacza iść Jego śladami, czyli wzorować się na Nim, postępować tak jak On. Mamy iść śladami Jezusa aż do ukrzyżowania. Dlatego właśnie czytamy w Biblii, że nasza skłonność do grzechu, nasze „ja” musi być ukrzyżowane z Chrystusem.

Ukrzyżowanie

Chciałbym zwrócić uwagę na dwa podobieństwa pomiędzy naszym ukrzyżowaniem siebie a ukrzyżowaniem Jezusa.

Po pierwsze - Jezus dobrowolnie zdecydował się na ukrzyżowanie. Zgodził się nieść swój krzyż, choć była to trudna decyzja. Kiedy upadł na oblicze swoje przed Bogiem, zmagając się z przyjęciem cierpienia i śmierci za grzechy całego świata, modlił się: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39). Gdy Piotr dobył miecza, by bronić Jezusa, On powiedział: „Włóż miecz swój do pochwy...Czy myślisz, że nie mógłbym prosić Ojca mego, a On wystawiłby mi teraz więcej niż dwanaście legionów aniołów? (Mt 26,53). Legion składał się z 6 tys. rzymskich żołnierzy, a więc Jezus mógł więc prosić o więcej niż 72 tys. aniołów, którzy uratowaliby Go od śmierci na krzyżu. Ale nie zrobił tego. Jezus postanowił nieść swój krzyż, wypełnić wolę Ojca.

Codziennie mamy wybór, czy będziemy nieść swój krzyż, czy nie. Pytanie brzmi: Czy decydujemy się brać swój krzyż każdego dnia? Czy chcemy codziennie umierać, składać „ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu” (Rz 12,1). Mamy dobrowolnie brać na siebie swój krzyż codziennie - czasem wiele razy w ciągu dnia. Dobrowolnie mamy godzić się na umieranie naszego starego człowieka, naszych pragnień, aby żyć niezależnie od Boga. Na tym polega noszenie krzyża. Apostoł Paweł twierdził: „Ja codziennie umieram”(1 Kor 15,31).

„To samo słońce, które topi masło, utwardza glinę” – głosi stare amerykańskie powiedzenie. Dwoje ludzi może doświadczać takich samych trudności w życiu i w służbie. Jeden z nich stanie się bardziej podobny do Chrystusa, a drugi bardziej zgorzkniały. Identyczne trudności, a różne rezultaty. Dlaczego? Ponieważ jeden z nich podjął decyzję, aby zgodzić się na krzyż, a drugi nie. Nie możemy zacząć umierać dla siebie, dopóki nie zdecydujemy się na wzięcie swojego krzyża.

Po drugie - Jezus nie ukrzyżował się własnoręcznie. To niemożliwe, aby ktoś sam się ukrzyżował. Można by przybić swoje nogi, nawet przybić jedną rękę. Ale nie da się ukrzyżować samego siebie do końca. Nie możemy sami ukrzyżować siebie. Nie mogę sam ukrzyżować i uśmiercić swojego „starego człowieka”. To oznacza, że - skoro wybraliśmy ukrzyżowanie, skoro zdecydowaliśmy się nieść swój krzyż - potrzebujemy pomocy. Nie możemy wykonać tego sami. Bóg zatem używa dwóch sposobów, byśmy mogli ukrzyżować swojego „starego człowieka”: daje nam Ducha Świętego i używa innych ludzi.

Apostoł Paweł stwierdza, że przez Ducha Świętego uśmiercamy „sprawy ciała” (Rz 8,13). Bóg daje nam Ducha Świętego, by nas pouczał i wspomagał w umieraniu dla siebie, aby Chrystus mógł w nas wzrastać. Kiedy modlimy się: „Duchu Święty, napełnij mnie”, On przede wszystkim chce uczyć nas, jak mamy nieść nasz krzyż, daje nam moc do tego.

Bóg używa również ludzi, w Kościele i poza nim, aby kształtować nas na Swoje podobieństwo. Jedyny sposób, w jaki możemy się uświęcać, to dużo kontaktów z trudnymi ludźmi. Tylko przez nich możemy skutecznie uśmiercić nasze ja. Bóg stawia na naszej drodze ludzi - może to być mąż, żona, kolega, teściowa, szef, współpracownik, brat lub siostra w Chrystusie lub misjonarz - którzy uzewnętrzniają naszego „starego człowieka”.

Staramy się unikać trudnych ludzi, ale Duch Święty chce prowadzić nas do nich, aby pomóc nam nieść krzyż, by pomóc nam umrzeć dla siebie samych.

Boży charakter

Bóg troszczy się bardziej o nasz charakter niż o naszą wygodę, naszą przyjemność, nasz komfort psychiczny i fizyczny. Im bardziej pozwalamy Bogu kształtować nasz charakter przez upadki, trudności, przeciwności, problemy, tym bardziej On będzie używać nas w budowaniu swego Królestwa.

Biblia mówi, że „dziełem Boga jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków” (Ef. 2,10). Jeżeli chcemy, by Bóg używał nas, byśmy byli owocnymi w budowaniu Bożego Królestwa, musimy pozwolić Bogu, aby kształtował w nas Boży charakter. Taki, w którym widać owoce Ducha Świętego: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (Gal 5,22-23). To charakter przesycony miłością, która „jest cierpliwa, miłość jest dobrotliwa, nie zazdrości, miłość nie jest chełpliwa, nie nadyma się, nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego” (1 Kor 13,4-5). Boży charakter jest wypróbowany w piecu trudnych relacji i bolesnych doświadczeń. Sposób, w jaki Bóg może cię użyć, zależy bezpośrednio od jakości twojego charakteru. Jeżeli hodujemy w sobie korzeń goryczy, jeśli w swoim sercu odmawiamy przebaczenia komuś, kto nas zranił, jeśli nie jesteśmy uczciwi, jeśli jesteśmy dumni i uważamy innych za gorszych od siebie, jeśli flirtujemy za plecami współmałżonka lub tkwimy po uszy w moralnej nieczystości - Bóg nie użyje nas do budowania Jego Królestwa.

Owocność w służbie to kwestia rozwoju charakteru. Wpływ Kościoła ma niewiele wspólnego z jego wielkością. Ma za to wiele wspólnego z pobożnością i jakością charakterów ludzi w tym Kościele. 60-osobowa wspólnota ludzi, którzy mają Boży charakter, będzie oddziaływać ze znacznie większą siłą niż sześćset osób, wśród których większość stanowić będą ludzie o słabych charakterach. Kościół może się szczycić najlepszym nauczaniem i najwspanialszym uwielbieniem. Może być największy i najlepszy. Jeżeli jednak jego członkowie nie będą się rozwijać i kształtować na podobieństwo Jezusa, nie będą niczym więcej jak niewiele znacząca „miedź brzęcząca lub cymbał brzmiący” (1 Kor 13,1).

Bóg wciąż czeka na mężczyzn i kobiety, chłopców i dziewczyny, którzy zdecydują się nieść swój krzyż i z własnej, nieprzymuszonej woli poddadzą się Bogu i pozwolą Mu kształtować ich charakter. Poprzez intensywny kontakt z innymi ludźmi, szczególnie przez trudnych ludzi, Bóg chce budować i rozwijać nasz charakter. Ta właśnie prawda może nam pomóc zmienić radykalnie nasze relacje, zwłaszcza z ludźmi trudnymi. Nie musimy wtedy koncentrować się na trudnościach i przeciwnościach, ale traktować je raczej jako kolejny etap w prowadzeniu Ducha Świętego przez proces umierania dla naszego ja, rozwoju naszego charakteru.

Wydobyć piękno

Mój brat miał kiedyś maszynę do szlifowania kamieni. Wkładaliśmy do jej bębna stare, brzydkie, ostre, brudne kamienie, wlewaliśmy specjalny płyn i włączaliśmy silnik. Wychodziliśmy sobie, a maszyna pracowała. Bęben kręcił się godzinami. Przez cały ten czas te ostre, matowe, brudne kamienie ścierały się ze sobą, tarły i szlifowały. Jednocześnie swoją pracę wykonywał także ten płyn. Ostre krawędzie, zamiast się nawzajem niszczyć, w wyniku wzajemnego na siebie oddziaływania robiły się gładkie. Znikał stary brud i uwidaczniał się od dawna ukryty piękny kolor. Na koniec, gdy wyłączaliśmy maszynę i otwieraliśmy bęben, wyjmowaliśmy zupełnie inne kamienie: okrągłe, gładkie i piękne. Teraz dopiero można było ich użyć do wyrobu biżuterii.

Lubię właśnie w ten sposób myśleć o Kościele. On działa tak samo. Tak samo działa służba i małżeństwo. Tak samo działa rodzina. Bóg wrzuca nas wszystkich razem do jednego bębna. Jesteśmy - jak tamte kamienie - pełni cech starego człowieka: skłonności do złego, niewłaściwych postaw, złych reakcji. Bóg posyła Ducha Świętego, by działał w naszych kontaktach z ludźmi.

Dla tych, którzy postanowili nieść swój krzyż, „ostre krawędzie” innych ludzi to po prostu okazje, aby wygładzać własne kanty. Zamiast gorzknieć, obrażać się i nadymać, pozwalają się szlifować i z czasem stają się cennymi kamieniami, „ozdobą nauki Zbawiciela naszego, Boga” (Tt 2,10). Kiedy bierzemy swój krzyż, bolesne kontakty z innymi ludźmi zaczynamy postrzegać jako odpowiedź na swoją modlitwę: „Panie, ucz mnie, jak umrzeć dla siebie”.

Czy warto?

Czy warto nieść swój krzyż? Czy warto iść śladami Jezusa aż do ukrzyżowania? Czy warto umrzeć dla siebie, dla naszego ego?

Jezus powiedział: „Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zachowa. Bo cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, jeśli siebie samego zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9,25).

Czy warto? Jezus mówi, że tak. Bo ten, kto chce zachować swoją duszę (swoje ego), ostatecznie ją straci. Ale ten, kto teraz straci swoją duszę dla Jezusa i codziennie umiera dla siebie, by żyć dla Jezusa, tak naprawdę zachowuje i swoją duszę, i daleko więcej. A więc, naprawdę warto.

Jeżeli jeszcze nie podjąłeś decyzji, aby iść za Jezusem, możesz zrobić to dzisiaj.

Jeśli oddałeś już swoje życie Jezusowi, ale straciłeś pragnienie naśladowania Go, wyraź w modlitwie swoje pragnienie niesienia własnego krzyża codziennie.

Panie Boże, prosimy, abyś nauczył nas, jak umierać dla siebie codziennie, byśmy mogli zwyciężyć swojego „starego człowieka”, byśmy mogli powiedzieć wraz z apostołem Pawłem: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”. Amen.

Ken Dunkerley


http://www.slowoizycie.pl/03-2/krzyz.htm
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 14 paź 2014, o 20:14

Krzyż w codziennym życiu

Mówiliśmy o ciele, które nie może funkcjonować, jeśli chcemy prowadzić chrześcijańskie życie – albo umiera cielesne życie, albo umiera chrześcijański człowiek. Coś z tego musi umrzeć, nie może żyć jedno i drugie; cielesne życie i chrześcijański człowiek razem. Tak, jak mówi Słowo Boże: ciało – skażenie, Duch – życie. Nie ma innej opcji, jeśli żyje cielesność, nie ma chrześcijaństwa. Jeśli żyje chrześcijaństwo, nie ma cielesności i człowiek jest wtedy duchowy i inne są przemyślenia, inne działania.

I tak myśląc o tym, pewne rzeczy docierały do mnie. Często mówiąc o ukrzyżowaniu, o pozbyciu się naszego cielesnego człowieka, bardzo często pamiętamy o tym z samego poranka, modlimy się i mówimy: Panie Boże pomóż nam spędzić ten dzień dla twojej chwały, pomóż nam, by to nie my, ale Ty był tym, który używasz nas, a potem wstajemy z kolan i zapominamy, że modliliśmy się o to i prosiliśmy Boga, by pomógł nam całego tego dnia utrzymywali swoją cielesność w ukrzyżowaniu. Poprosiliśmy Boga i myślimy, że Bóg załatwi za nas wszystko, a my możemy już teraz żyć. „Myśmy się już pomodlili, Bóg to wszystko załatwi”. Pomodliliśmy się o jedzenie i picie, musimy i w tej sprawie poruszać się – coś przygotować, ugotować, tym bardziej sprawa doświadczenia krzyża jest potrzebna nam, ponieważ każdy z nas to wie, że nieukrzyżowany chrześcijanin straszne spustoszenie czyni wokół siebie. Niezadowolenie, niechęć, złośliwość, obmowa, plotka – to jest właśnie metoda diabła jak zniszczyć wszelkie zadowolenie z tego, że Chrystus był na ziemi, jak obrócić to wszystko w niechęć do chrześcijaństwa, niechęć do ludzi, którzy mienią się chrześcijanami. A to właśnie jest obiektem cielesności, gdyż diabeł używa jej, by do tego doprowadzić, by ludzie mieli siebie serdecznie dość, by chcieli uciec jak najdalej od chrześcijaństwa.

Każdy człowiek z Biblią, w większości, mówi, że chce, by było dobrze, że chce dobrych relacji, wzajemnej miłości, troski, budowania się nawzajem, że pragnie tego, co dobre. Ale jeśli nie ma wykonania…- Paweł mówi: ja dziękuję za Jezusa Chrystusa. Nie ma potępienia nade mną, ale też nie znaczy to, że ja nie muszę dbać o krzyż. Nie znaczy to, że nie muszę w każdej cząstce dnia rozprawiać się ze swoim cielesnym „ja”. To nie jest tak, że mogę sobie powiedzieć: prosiłem cię Panie, dlaczego nie ma tego? Krzyż jest mocą, ale ja muszę tą moc używać nieustannie. W tej bitwie nie ma zwycięstwa nad diabłem, jeśli krew Jezusa nie oczyszcza mnie nieustannie. Nie wystarczy, że rano oczyściła mnie, że rano prosiłem: „Panie”. Ale potem wystarczy, że na coś zdenerwuję się, na coś rozzłoszczę, coś zniechęci mnie i już zaczynam zachowywać się jak stary Adam, czy stara Ewa i już myślę: no, prosiłem i co teraz. Przecież po co umarł Jezus Chrystus na krzyżu? – po to, byśmy mieli oręż do walki i zwycięstwa. To ja muszę chcieć umierać. Diabeł chce ożywiać starego człowieka przez emocje, przez nastawienia, przez różne złe rzeczy, a ja muszę nienawidzić go i krzyżować. To ja muszę brać w tym zupełnie świadomy udział i nie mogę zapomnieć ani chwili o krzyżu. Jezus mówi: niech się wyprze siebie, weźmie swój krzyż na siebie codziennie i idzie za mną. Nie wystarczy, że pomodlę się trzy razy dziennie, nie wystarczy, że będę modlić się dziesięć razy dziennie, ja muszę używać krzyża przeciwko wrogości własnego ciała. Przychodzi jakieś nastawienie i co mam zrobić z tym? – mam pozwolić, by rozbudziło się we mnie jeszcze więcej emocji, czy mam zniszczyć to nastawienie, nim te emocje rozbudzą się.

To ja muszę codziennie, od obudzenia aż do zaśnięcia, używać krzyża przeciwko sobie. Jeśli zaniedbam to, wówczas wynik jest taki, jaki jest: czytam Biblię, czytam o zwycięskim człowieku, jestem pełen ekscytacji z tego, co uczynił Jezus Chrystus na krzyżu, zamykam Biblię i za chwilę mogę już „gryźć”. Biblia nie załatwi tego, Biblia mówi mi prawdę, a ja muszę tą prawdę używać i korzystać z niej.

Mogę zapewnić was w stu procentach, że używając codziennie krzyża, będziecie mogli widzieć efekt swego duchowego wzrostu. Bez krzyża nie ma duchowego wzrostu. Dlatego apostołowie mówili: przypominamy wam o tym, przypominamy. Wiedzmy o tym, że bardzo ważna jest modlitwa, bardzo ważne jest prosić Pana, ale również bardzo ważne jest pamiętać, że Bóg już dał nam oręż, już dostaliśmy go. Wiecie jak ważne jest to dla Boga, byś ty, ani ja nie być z rodowodu cielesności? Słowo Boże mówi, że nawet Jezusa nie znamy już według ciała i siebie nie mamy znać według ciała. A jak my dobrze znamy się według ciała, dlaczego tak jest? A Słowo Boże mówi, że już nie mamy znać się według ciała, ale według kogo? – według nowonarodzonego człowieka. Diabeł lubi jak ludzie znają się według ciała i jak to ciało określa granice ich postępowania. Podczas, gdy Bóg mówi o wolności, lecz by była wolność, my musimy umrzeć dla tej strasznej, przeklętej duchowości, która niszczy ludzi. Od zaniedbania prawdziwego boju. Słowo Boże mówi: trwajcie w pobożności, ćwiczcie się w pobożności. Umartwianie własnego ciała nic nie pomoże, ale ten, który trwa w pobożności ma obietnice życia teraźniejszego i wiecznego.

Jak bardzo ważne jest zobaczyć to zwycięstwo krzyża. Pewna osoba mówiła, że ciężki jest czytać jej Stary Testament, bo jest tam tyle krwi, ofiar, ptaki z urwanymi głowami i różne inne trudne rzeczy. Człowiek czyta i myśli sobie: po co to wszystko? A Duch Święty przychodzi i mówi: bo Bóg jest Święty, a człowiek coraz bardziej grzeszy i między człowiekiem a Bogiem jest coraz więcej krwi i ta krew nie jest wstanie zaspokoić świętego Boga. Widząc ten bezmiar, obfitość krwi w Starym Testamencie, możesz zobaczyć świętość Boga i nadal Jego świętość nie może być zaspokojona i musiał przyjść Jego Syn, by Jego świętość otrzymała ofiarę, która będzie zaspakajała ją, aby dać przebaczenie tobie i mnie. Jak wielka jest obfitość grzechu na ziemi. Człowiek czyta stary Testament i nie rozumie tego. Na przykład czytasz Stary Testament i widzisz Boga, który z nieba rzucał kamieniami i więcej wrogów zginęło od kamieni rzucanych z nieba, niż od żołnierzy Izraela. Tak Bóg brał udział we wspólnej bitwie przeciwko wrogowi. I Bóg chce współdziałać z tobą i ze mną w walce przeciwko wrogowi. Tam pokazany był fizycznie wróg narodu Bożego i fizycznie Bóg pokazywał, jak jest ze swoim ludem, by oni mieli zwycięstwo nad złem. Bóg chce być z tobą i ze mną. Stary Testament jest fizycznym obrazem jaki jest Bóg. W tej duchowej bitwie Bóg chce mnie i tobie pomóc, abyśmy nie zginęli, kiedy wrogowie napadają na nas. Ale kiedy Bóg pozwalał, by wrogowie pokonywali Izraela? Wtedy, kiedy Izrael zaniedbywał chodzenie z Bogiem w świętości. Dopóki Izrael trwał, Bóg pomagał.

Bóg obiecuje pomagać tobie i mnie, dopóki będziemy trwać w Chrystusie. I możemy i musimy być pewni swojego Boga. Bez pewności Boga ciężko wybierać się do tak strasznej bitwy, kiedy napadają cię emocje i nie wiesz, co z nimi zrobić – ogarniają cię, zmiatają cię wręcz z powierzchni chrześcijaństwa i robią z ciebie zwierzę. I nie możesz sobie poradzić z tym. Bóg chce pomóc, ale Bóg powiedział o krzyżu. Komu ma pomóc w tym momencie? Bóg powiedział o miejscu, gdzie Jego Syn wziął wszelkie grzechy, abyśmy obumarłszy grzechom, mogli żyć dla sprawiedliwości, dlatego krzyż jest tak ważny w codzienności, nie tylko pamiętając o tym rano, czy wieczorem, mówiąc: o Boże, znowu wiele bałaganu. Ale w trakcie, kiedy ten bałagan wydarzał się, człowiek stawał przeciwko danej sprawie, licząc, że ktoś za niego uczyni coś, o czym Jezus powiedział, że my mamy to zrobić. Jezus nie powiedział, że weźmie za nas nasz krzyż codziennie. On powiedział, że wziął raz na zawsze swój krzyż, abyśmy z tego krzyża czerpali codziennie. To my mamy czerpać codziennie, a On załatwił to raz na zawsze. Uczynił nas doskonałymi, dał nam zwycięstwo zbawienia.

A więc kiedy doznajesz, że coś na ciebie napada, to jest właśnie moment, w którym albo krzyż będzie twoim triumfem, albo cielesny człowiek zwycięży. Albo zobaczysz śmierć dla swoich idei, planów, zamierzeń, albo zobaczysz życie twojego ciała. Stary Adam, stara Ewa chcą żyć, tylko krzyż może zabić ich. Dlatego tak ważne jest, by nie myśleć o krzyżu tylko jako opisie w Biblii, ale by w każdym jednym momencie naszego życia korzystać z tego krzyża. Tam umarliśmy wraz z Chrystusem. To musi być tak realne i rzeczywiste, że jest to oczywista sprawa i kiedy przychodzi takie doświadczenie, człowiek poddaje to krzyżowi.

Jakże cenne jest, gdy codziennie trwamy w tym i widzimy efekt, że Bóg może więcej i więcej napełniać nas sobą. Najczęściej jest to też widoczne, kiedy człowiek przychodzi do Boga i widzi to zło i jak to zło niszczy się. Człowiek poddaje się unicestwianiu tego zła, a dobro napełnia coraz bardziej. Niech Bóg pomoże wygrać nam, gdyż bez tego krzyża jest tak jak jest; ludzie odchodzą, rezygnują, poddają się, gdyż cielesność coraz mocniej dochodzi do władzy i sieje tak ogromne zniszczenie, że wielu nie daje rady, rezygnuje.

Otwórzmy list do Galacjan 5,24:

A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami.

Pierwsze – „ukrzyżowali” – to jest czas dokonany, przeszły, ale czynny. To stało się i jest utrzymywane codziennie. Użyte jest tu słowo „z namiętnościami”, ale w większości miejsc oznacza ono „cierpienia”. Może tak być, że przyjęli krzyż wraz z cierpieniami jego, aby ich żądze zginęły, a cierpienia powodowały w nich, co? – trzymanie się Boga. „A wyście przyjęli te ucierpienia Chrystusowe.” Mojżesz te cierpienia, tą hańbę Chrystusową uznał za większe bogactwo od wszystkich skarbów Egiptu. Myślę, że krzyż łączy się również z cierpieniem naszym i razem z krzyżem przyjmujemy cierpienie, przyjmujemy to, że stary człowiek nie może działać, nie może uczynić, co chce. Słowo Boże mówi: czyż nie powinniście raczej ponieść straty, niż w ten sposób szukać sprawiedliwości? Krzyż łączy się z końcem moich cielesnych możliwości, by osiągnąć to, co chcę. Krzyż otwiera możliwość, bym polegał na Bogu i cierpiąc, nie oddawał. Paweł mówi: kiedy jestem słaby, wtedy jestem mocny. Kiedy ciało cierpiąc, nie ma siły, by oddać, wtedy jestem silny, ponieważ Chrystus czyni temu komuś, kto zadaje mi cierpienie, co On chce, nie to, co ja chcę, lecz, to co On chce. Codziennie przechodzimy doświadczenie cierpienia, jeżeli krzyż wykonuje swoją pracę w nas. Jeśli nie wykonuje, nie musimy cierpieć. Jeśli cierpimy z powodu Chrystusa, błogosławieni jesteśmy.

Paweł napisał w liście do Filipian 3,18. 19:

Wielu bowiem z tych, o których często wam mówiłem, a teraz także z płaczem mówię, postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego; końcem ich jest zatracenie, bogiem ich jest brzuch, a chwałą to, co jest ich hańbą, myślą bowiem o rzeczach ziemskich.

A więc stali się wrogami krzyża, gdyż odwrócili się od mocy krzyża, dlatego, że odwrócili się od mocy krzyża do tego, co jest w tym świecie. Krzyż oddziela, daje możliwość, aby Chrystus był uwielbiony. I jak jest nam to potrzebne. Jakże często słyszy się: „ja, my, dla mnie, dlaczego nam”. A bardzo mało słyszy się, że kiedy krzyż oddzielił mnie od tego, Chrystus mógł być uwielbiony. Paweł mówi: ja umarłem dla świata, a świat dla mnie i z tego raduję się. Jeśli krzyż nie może wykonać tej pracy, że ja umieram dla świata, a świat dla mnie, wtedy moje „ja” żyje i kto mnie uratuje. „Nie muszę znosić tego cierpienia”, zobaczcie jak często ciało szuka odzewu, riposty, własnej sprawiedliwości i zobaczcie, po to jest krzyż, by zniszczyć to, żeby nie szukać tego. Gdyż gdzie my wybieramy się?

Ostatnio pewnemu człowiekowi zadałem takie pytanie: czy kiedy urodził się, zdawał sobie sprawę, co czeka go w życiu, jak będzie ono wyglądać, co tutaj jest i ku czemu zmierza? I kiedy narodził się na nowo, czy wie, ku czemu zmierza i czego może spodziewać się? Kiedy urodziliśmy się cieleśnie, nie wiedzieliśmy nic, nie mieliśmy pojęcia, że będziemy czynić zło, że będziemy swoim własnym rodzicom sprawiać wiele kłopotów już od początku. Nie zadawaliśmy sobie z tego zupełnie sprawy. Urodziliśmy się w ciele grzechu i tak żyliśmy.

Ale, kiedy urodziliśmy się z Boga, czy wiemy już dokąd zmierzamy i po co żyjemy, czy wiemy, co ma być osiągnięte w nas? Już wiemy. Między jednym narodzeniem a drugim jest olbrzymia różnica; jedno w nieświadomości, drugie jest w świadomości. I teraz, kiedy narodziliśmy się na nowo z Boga, jesteśmy świadomi, co z nami ma się dziać, ku czemu idziemy, jakie Bóg ma dla nas plany. Straszną rzeczą jest, kiedy człowiek narodzony na nowo żyje w nieświadomości, jakoby nie wiedział: co, po co, dlaczego, ku czemu. A więc też nie żyje wtedy ku temu, by to stało się i myśli: ja nie wiem co mnie czeka. Nie mówię, że wiem co zrobię i gdzie pójdę, ale wiem, że Bóg chce mieć mnie na obraz swego Syna. Wiem, że chce mnie mieć w wieczności z Sobą i wyznaczył mi kierunek dla mojej duszy: wieczność ze Sobą – to wiem. Wiem, że mam się uświęcać, oczyszczać. Nie mogę powiedzieć, że jestem nieświadomy, ku czemu wezwał mnie Bóg, co mam teraz w tej sprawie robić. Słowo Boże mówi, że ci ludzie w niewiedzy są jak zwierzęta, nie wiedzą, że idą na śmierć. Ale my wiemy, że idziemy do wieczności z Bogiem i jak możemy w tym momencie razem rozmawiać; a to chałupa, a to samochód, a to lepsza praca, lepsze zarobki i tak wszystko wokół tego – „myślą o rzeczach ziemskich”(Filip.3,19).

Kiedy my wiemy, że celem naszym jest wieczność z Bogiem, miejsce, gdzie nie ma bólu, łez, rozterek, dlaczego więc nie kładziemy życia swego? Dlatego, że nie widzimy celu – wieczna radość z Bogiem. Nie widząc celu, nie widzimy potrzeby kładzenia swego życia. Człowiek mówi: no mam być chrześcijaninem, ale nie zgłębia celu i zadań, nie chce żyć w pełnej świadomości. Kiedy bierzemy na siebie krzyż, jesteśmy świadomi, że musi umrzeć moje „ja”, ego, złe nastawienie. Bracia i siostry muszą widzieć we mnie nowego człowieka, po to umieram. Paweł mówi: krzyż, śmierć Chrystusa wykonuje swoje dzieło we mnie, aby Chrystus był widoczny we mnie przez innych. Po to mamy umierać – nie ja , lecz Chrystus. Bóg chce, abyśmy umierali, żeby Jego Syn był widoczny wśród nas. Nie po to, by utrapiać nas, lecz po to, by Jego Syn był widoczny w nas. To jest Jego cel i my wiemy, że po to mamy umierać. Nie po to, by była ulepszona wersja jakiegoś chrześcijanina, lecz po to, bym mógł być zbawiony.

Kiedy Paweł mówi: umieram dla świata – to umieram dla pożądliwości oczu, pychy życia, pychy tego ciała, bo to nie jest z Ojca, tylko ze świata. Dla Pawła – umieram dla świata – znaczy, że umieram dla tego, co w tym świecie jest bliskie temu światu, a żyję dla tego, co jest bliskie Bogu. Piękne, prawda? Człowiek, który ma tak wspaniały cel, by żyć z Bogiem, mówi: wszystko uznaję za śmieć, aby zyskać Go. Dlatego, tak ważne jest, by nie umknęło sprzed naszych oczu, ku czemu zostaliśmy wezwani. Wspaniałe życie z Jezusem. Widzę, jak wielu młodych ludzi, również i starych, nawet nawróconych, nie ma pojęcia jak cudowne jest życie Jezusa. Nie widzą potrzeby usunięcia samego siebie, bo nie widzą wspaniałości nowego życia. A tu trzeba widzieć wspaniałość Chrystusa, by pragnąć: „to nie ja, lecz Chrystus”. Wiele jest doświadczeń i problemów. Paweł w pewnym miejscu pisał: „powinniście już być nauczycielami, a nadal potrzebujecie mleka”, nadal nie widzicie po co staliście się chrześcijanami. Wiecie, u młodego w wierze można znieść głupotę, chociaż nie powinno tego być, ale u starego? Nasze najpiękniejsze życie, to Chrystus i On właśnie jest coraz mniej widoczny na ziemi.

Piękność Chrystusa została utracona na konto religijnego rozwoju i widzimy, co religia potrafi zrobić. Cudowne jest, że jest dla nas nadzieja, kiedy będziemy robić to, co należy do nas, chociaż teraz tak straszna bitwa toczy się. Nie ma nic piękniejszego w zgromadzeniu Bożego ludu, jak budować się na dom dla Boga, jako nowi ludzie, którzy zostali oddzieleni od tego, co stare.

Myśląc o tym, zaczęło docierać do mnie, że umknęło ludziom z takiej czynnej świadomości, że idziemy wszyscy do jednego miejsca, w którym nie ma bólu, nie ma łez, nie ma osobnych pokoi. Jak ludzie zmieszczą się tam, jeśli nie potrafią być ze sobą przebywać na ziemi, nie umieją pokonać przeciwności? Jak ludzie ci zniosą się całą wieczność? Rozumiecie, po co jest krzyż? Po to, by wieczność nie była przerażająca. Jeśli nie umrzemy za życie, nie wejdziemy do wieczności, gdyż ta wieczność przeraziłaby nas. Nigdzie nie można ukryć się, nigdzie schować, nigdzie zamknąć. Wszystko odkryte na zawsze. Jeśli nie będziemy widzieć wieczności ze sobą i nie będziemy przygotowywać się do niej używając krzyża dzisiaj, to my nie widzimy celu, do którego zmierzamy. Nic nieczystego nie wejdzie tam – mówi Słowo Boże. Ci, którzy nie uświęcają się, nie ujrzą Pana. Pan nie chce tam kłótni, sprzeczek, wojen, niczego złego, dlatego już na ziemi te rzeczy muszą być usunięte. Skąd spory, skąd waśnie? Z cielesności, nie płyną przecież z uświęcenia.

A więc cudowna jest ta nadzieja – wieczność razem. Co my musimy zrobić, by ta wieczność była szczęściem dla nas wszystkich? Dać się ukrzyżować, bo to stary Adam, czy Ewa, jeśli żyją w nas, czynią tą wieczność czymś strasznym. Dlatego tak ważne jest, by każdy z nas korzystał z tego przez całe dnie, aż do końca naszej pielgrzymki, by każdy z nas widział cel – życie Jezusa we mnie, najpiękniejsze, najwspanialsze. Życia tego nikt nie jest w stanie wydobyć z samego siebie, ale które przyszło z góry, by napełniać tych, którzy gotowi są umrzeć. Jezus miłuje tych, którzy doszli do tego samego przekonania – skoro On umarł, wszyscy umarliśmy. Jezus mówi, że nie możesz być moim uczniem, jeśli nie wyprzesz się siebie, nie weźmiesz krzyża na siebie, aby pójść za mną, by naśladować Mnie. Nie możesz – mówi Jezus. To jest prawda – nie możemy być bez krzyża Jego uczniami, bo jak mamy wykonać tę naukę, skoro jesteśmy gotowi do działań starego człowieka. Krzyż jest bardzo ważny dla nas. Zgadzanie się na to, że chrześcijanin nie musi mieć krzyża, to jest jak zgadzanie się na to, że nie musimy iść na wieczność do Boga. To jest równoważne.

Jeśli nie musimy wygrać w ogniu doświadczeń przez to, że umrzemy dla reakcji ciała, a Pan odpowie, to jak wejdziemy do miejsca, gdzie tylko Jego reakcje mają prawo przebywać. Słowo Boże mówi, że kościół przyoblekł się w sprawiedliwe uczynki świętych. Te uczynki to Chrystus. A więc krzyż jest nam pomocą, by usunąć mnie i ciebie z tej drogi, która ma być piękna, święta, napełniająca nas wzajemnymi wspaniałymi relacjami. O tym mówi Słowo Boże. „To wy jesteście światłością dla tego świata” – mówi Pan. Oskarżyciel diabeł wystarczy, nie musimy oskarżać się nawzajem. Kiedy widzimy pojawiającego się starego Adama, czy Ewę, musimy pamiętać o krzyżu. Jeśli przypomnimy komuś o krzyżu, to nie podejrzewaj, że ktoś nie lubi cię, raczej powiedz: widzę, że miłujesz mnie. Jeśli widzisz mnie w grzechu i mówisz mi o krzyżu, widzę, że miłujesz mnie, dobrze mi radzisz. A jeśli człowiek mówi: wszyscy złościmy się i gniewamy i mamy do tego prawo, bo ten świat jest taki, że mamy prawo złościć się – wtedy nie jest to głos przyjaciela, lecz diabła. Przyjaciel mówi ci: zniszcz to, by żyć. Wróg mówi: można zaakceptować to.

Nie łatwo niszczy się starego Adama, prawda, Adamie, Ewo? Nie łatwo niszczy się – skoro „sprawiedliwy z trudnością dostąpi zbawienia” (1Pio.4,18). Z trudnością – to nie jest łatwe, czy rozumiemy to? Powinniśmy sobie nawzajem współczuć w tym doświadczeniu krzyża, rozumiecie? Skoro jest to tak trudne, powinniśmy sobie współczuć, dodawać otuchy i modlić się o siebie, żebyśmy mogli nieść ten krzyż, żebyśmy mogli poddawać się krzyżowi, by niszczył w nas starego człowieka, po to, by Jezus był uwielbiony między nami. To jest cel twój i mój, tego zgromadzenia i każdego zgromadzenia, które jest w imię Pana, by Jezus był uwielbiony w nas. Nie my, lecz Jezus. Jeśli jest to w naszym sercu, to Bóg jest po tej stronie, by stało się to możliwe.

Pokażę wam pewną sytuację, która też dla mnie była dobrą ilustracją. Otwórzmy ewangelię Łukasza 5,1- 3:

Pewnego razu, gdy On stał nad jeziorem Genezaret, a tłum tłoczył się dokoła niego, by słuchać Słowa Bożego, (2) ujrzał dwie łodzie, stojące u brzegu jeziora; ale rybacy, wyszedłszy z nich, płukali sieci. (3) A wszedłszy do jednej z tych łodzi, należącej do Szymona, prosił go, aby nieco odjechał od brzegu; i usiadłszy, nauczał rzesze z łodzi.

Jezus poprosił Szymona, by usłużył Mu swoją łodzią.

Dalej, 5,4.5:

4) A gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wyjedź na głębię i zarzućcie sieci swoje na połów. (5) A odpowiadając Szymon, rzekł: Mistrzu, całą noc ciężko pracując, nic nie złowiliśmy; ale na Słowo twoje zarzucę sieci.

A więc Szymon był zmęczony po całonocnej próbie złowienia czegoś, a kiedy Szymon już zwija się, by iść, Jezus prosi go: udostępnij mi swą łódź,. Zobaczcie jaki był połów.

Dalej 5,6:

A gdy to uczynili, zagarnęli wielkie mnóstwo ryb, tak iż się sieci rwały.

Zobaczcie, kiedy zmęczony, utrudzony dajesz siebie Jezusowi – „przyjdźcie do Mnie wszyscy spracowani i obciążeni, a znajdziecie ukojenie”, wtedy Jezus czyni możliwym to, co było niemożliwe dla nas rozumiecie? I co wywołało to w Piotrze?

Wiersze 8-11:

Widząc to Szymon Piotr przypadł do kolan Jezusa, mówiąc: Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny. (9) Albowiem zdumienie ogarnęło jego i wszystkich, którzy z nim byli, z powodu połowu ryb, które zagarnęli. (10) Także i Jakuba, i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli towarzyszami Szymona. Wtedy Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, od tej pory ludzi łowić będziesz. (11) A wyciągnąwszy łodzie na ląd, opuścili wszystko i poszli za nim.

Jeśli daję się Jezusowi, by On mógł używać mnie, jakże bogate będzie Jego zapłacenie mi. On przyjdzie z zapłatą dla tych, którzy dali Mu siebie. Jakże bogate to będzie. Jakże cudowny jest Pan, który chce uczynić dla mnie i dla ciebie, kiedy jestem gotowy poddać siebie krzyżowi. Wiecie, nami władają emocje, ciało próbuje żyć, a moim i twoim zadaniem jest: „umartwiajcie to, co w was jest cielesnego”. Nie pozwólcie, ani przez chwilę diabłu, by on mógł przez to zniszczyć waszą chęć uwielbienia Jezusa.

Drugi przykład, kiedy anioł przychodzi do Marii i mówi jej co ma się stać – otwórzmy Ewangelię Łukasza 1, 31. 32:

I oto poczniesz w łonie, i urodzisz syna, i nadasz mu imię Jezus. (32) Ten będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego. I da mu Pan Bóg tron jego ojca Dawida.

Anioł mówi do niej piękne rzeczy, mówi o tym, co stanie się:

Wiersze 33 – 38:

I będzie królował nad domem Jakuba na wieki, a jego królestwu nie będzie końca. (34) A Maria rzekła do anioła: Jak się to stanie, skoro nie znam męża? (35) I odpowiadając anioł, rzekł jej: Duch Święty zstąpi na ciebie i moc Najwyższego zacieni cię. Dlatego też to, co się narodzi, będzie święte i będzie nazwane Synem Bożym. (36) I oto Elżbieta, krewna twoja, którą nazywają niepłodną, także poczęła syna w starości swojej, a jest już w szóstym miesiącu. (37) Bo u Boga żadna rzecz nie jest niemożliwa. (38) I rzekła Maria: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego. I anioł odszedł od niej.

Oto ja jestem służebnicą Pana. I stało się. Oto ja, twój sługa, oto jestem do Twojej dyspozycji Panie, niech mi się stanie to, co Ty chcesz. Maria zniosła różne przeciwności; Józef chciał ją opuścić, wyglądała jakby zgrzeszyła. Ale wszyscy zwać ją będą błogosławioną, szczęśliwą, że Bóg posłużył się nią. Bóg posłużył się tobą, dla swojej chwały, ku uratowaniu ciebie i jeszcze kogoś innego. Pan słyszy mnie i ciebie, jest gotowy czynić to, co jest potrzebne. My musimy widzieć cel, dla którego warto umierać. Tu nie chodzi o samoumartwianie, tu chodzi o to, by Jezus był uwielbiony. Po to czynisz się martwym, by Jezus był uwielbiony. Nie po to, by ludzie podziwiając cię mówili: o, jaki wspaniały człowiek, nie po to, lecz ustępujesz po to, by Jezus był uwielbiony. Tego bardzo dzisiaj brakuje – widzenia celu, kierunku, zrozumienia, dlaczego tak ma być. Słowo Boże mówi: kto trwa w Chrystusie, ma życie wieczne. W kim jest Chrystus, w tym jest życie. Kto nie ma Chrystusa, nie ma życia.

Pomyśl, że twoje życie chrześcijańskie jedynie wtedy osiąga cel, kiedy to nie ty, lecz Chrystus do niego dochodzi, a ty jesteś w Nim. Już zbawiony, już uratowany, już należący do wieczności. Ale dziś ustępujesz Mu miejsca, żeby to „już” stało się w pełni. Słowo Boże mówi o zbawieniu i o tym pełnym zbawieniu, kiedy wróci Jezus. Jesteśmy zbawiani codziennie, by być zbawionymi na zawsze. I dlatego jest tak ważne, by w moim i twoim życiu był określony cel: wieczność ze świętym Bogiem. Nie uświęcam się po to, by tylko coś w tym kierunku robić, ale uświęcam się po to, by spotkać się z Bogiem i być z Nim. Muszę mieć cel – po co to robię. Ludzie mogą być orężem w ręku diabła, żeby mnie zniechęcać przed tym celem, żeby osiągnąć go. Mogą mnie ranić, uderzać i szydzić, a ja wiem, że ten cel jest najlepszy – kto go osiągnie wchodzi w wieczną radość. Dlatego jestem gotowy iść wbrew temu, co by działo się wokół mnie, bo wiem, że ten cel wyznaczył Bóg. Ludzie mają różne cele, które wyznaczyli sobie i do których zmierzają, lecz naprawdę jest tylko jeden, który spełnia się i niesie z sobą całkowite, absolutne zadowolenie wieczne – to jest cel, który Bóg wyznaczył w Chrystusie. Wszystkie ludzkie cele, choćby wydawałoby się, że dają szczęście, nie dają wieczności.

Dlatego Jezus mówił o budowaniu na skale, na Tym, który jest. My musimy zwracać uwagę na Jezusa, nie pozwolił diabłu odwrócić sobie oczu od Chrystusa na coś naszego. Nie jest to łatwe. Każdy z nas wie, w jakim ciele żyjemy i nie jest to łatwe. Paweł mówi: wzdychamy, wzdychamy w tym ciele, bo chcemy być znalezieni przyobleczeni, a nie zewleczeni. Jeśli pozwolimy sobie na to, żeby nasze ciało będzie robiło różne głupie rzeczy, a my będziemy zgadzać się z tym, znaczy, że straciliśmy cel. Nie widzimy celu, a zaczęliśmy widzieć przemijanie; odpłaty złem za zło, cierpieniem za cierpienie, złym słowem za złe słowo.

Niech Bóg pomoże nam, Ten, który jest najbardziej zainteresowany tym dając Swego Syna, abyśmy nie stracili rozumu. Widzę jak diabeł chce odbierać nam rozum, pewność Boga, wiarę. Wszystko, wszystko co Pańskie jest zaatakowane na tej ziemi i tak ciężko jest iść i wierzyć, że nadal Bóg jest z nami, że Bóg nadal jest zainteresowany tym, żebyśmy doszli do wieczności i mieli z Nim zawsze szczęście. Ale Bóg jest nadal zainteresowany, tylko czas jest taki trudny. Diabeł szaleje. To, co dzieje się obecnie w wielu miejscach, nie do pomyślenia kiedyś. To jest efekt uderzania diabelskiego w ludzi, zniechęcania do tego, co Pańskie, dlatego niech Bóg pomoże nam zachęcać się nawzajem w tym kierunku, by Słowo Boże było wyrocznią. A gdy gdzieś zawodzimy, gdy gdzieś chcemy uczynić dobrze, a nie powiedzie się nam, obyśmy znaleźli przyjaciół, którzy pomogą nam w tym momencie przejść przez to doświadczenie, którzy będą w stanie znieść przeciwność i nie odwrócić się od nas, nie zostawić nas w nieszczęściu. Przyjaciół poznaje się w doświadczeniach. Obyśmy byli sobie przyjaciółmi, którzy chcą nawzajem osiągnąć cel – wieczność z Bogiem. Ten cel został wyznaczony, droga jest nam znana, wiemy jak żył Jezus. On jest wyznacznikiem tego życia. Jeśli ktoś jest niepewny jak powinien żyć, niech czyta ewangelie i patrzy jak żył Jezus. Tak powinniśmy żyć, nie inaczej. Nie trzeba nic do tego dodać, ani nic ujmować.

Otwórzmy 1 list Piotra 4, 13.18.19 wiersz:

(13)Ale w tej mierze, jak jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, radujcie się, abyście i podczas objawienia chwały jego radowali się i weselili. (18)A jeśli sprawiedliwy z trudnością dostąpi zbawienia, to bezbożny i grzesznik gdzież się znajdą? (19) Przeto i ci, którzy cierpią według woli Bożej, niech dobrze czyniąc powierzą wiernemu Stwórcy dusze swoje.

Wiemy, że Pan cierpiał na krzyżu. Cierpiał ból fizyczny, ale również to, że ludzie, którzy byli przyczyną Jego śmierci, kpili z Niego, szydzili, pluli na Niego, mówili: zejdź, a uwierzymy. O tych cierpieniach mówi krzyż. Czy my jesteśmy gotowi znieść te cierpienia? Czy jesteśmy gotowi nie odpowiedzieć złem na zło? Czy my jesteśmy gotowi dać się ukrzyżować, wejść w te cierpienia i nie pozwolić na to, by moje „ja” wyprzedziło, czy usunęło Jezusa? Pan jest po naszej stronie, by nam powiodło się, ale życie chrześcijańskie ma wtedy sens, kiedy wiem dokąd idę, wiem z Kim spotkam się, wiem jaki On jest i wiem jakie dał środki, żeby do Niego dotarłszy mógł być z Nim na wieczność. Diabeł przegrał, bo krew Jezusa została przelana. Diabeł dobrze wiedział, że to jest Chrystus, kusił Go na pustyni. Nawet demony wiedziały, że to jest Chrystus. Diabeł zrobił wszystko, co tylko mógł, by przeszkodzić Chrystusowi umrzeć za mnie i za ciebie. I diabeł przegrał. Tak bardzo Jezus miłuje ciebie i mnie, żeby pomóc nam. Obyśmy wszyscy doświadczali tego, by ćwiczyć się w tym ,że jeśli nie uda gdzieś ci się nie uda, nie skorzystasz z tego krzyża umiejętnie, by zniszczył to zło, to oczyść się i nie rezygnuj, bo cel jest wyznaczony – święci będą tam z Bogiem.

2list Piotra 3,10 – 14:

A dzień Pański nadejdzie jak złodziej; wtedy niebiosa z trzaskiem przeminą, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną. (11) Skoro to wszystko ma ulec zagładzie, jakimiż powinniście być wy w świętym postępowaniu i w pobożności, (12) jeżeli oczekujecie i pragniecie gorąco nastania dnia Bożego, z powodu którego niebiosa w ogniu stopnieją i rozpalone żywioły rozpłyną się? (13) Ale my oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość. (14) Przeto, umiłowani, oczekując tego starajcie się, abyście znalezieni zostali przed nim bez skazy i bez nagany, w pokoju.

Starajcie się. Pamiętajmy, mamy cel, mamy świadomość, jak iść ku temu celowi i mamy potrzebne środki, by dojść do tego celu. Wszystko to w Chrystusie. Używajmy, korzystajmy z tego, z powodu Pana, aby dotrzeć do wieczności z Nim. Niech Pan będzie z tobą i ze mną w tym, by powiodło się nam. By już tu na ziemi nasze relacje zwiastowały, że wspólnie myślimy o jednej wieczności z Panem, który umarł za nas na krzyżu dla naszego zbawienia. Jemu chwała za wszystko. Amen.


http://tylkochrystus.blog.pl/2014/08/27 ... u-czesc-1/
http://tylkochrystus.blog.pl/2014/08/28 ... u-czesc-2/
http://tylkochrystus.blog.pl/2014/08/29 ... u-czesc-3/
http://tylkochrystus.blog.pl/2014/08/30 ... u-czesc-4/
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 15 paź 2014, o 20:19

Zwycięstwo poprzez klęskę

Możemy się modlić do Boga aby najechał i podbił nas lecz zanim tego nie zrobi pozostajemy w ciągłym niebezpieczeństwie ze strony tysięcy nieprzyjaciół. Nosimy w sobie ziarna swojej własnej dezintegracji. Nasza moralna nieroztropność stawia nas zawsze w niebezpieczeństwie przypadkowego czy lekkomyślnego samounicestwienia. Potęga naszego ciała jest wciąż obecnym zagrożeniem dla naszych dusz. Zwycięstwo możemy osiągnąć jedynie poprzez zniszczenie naszego starego życia.

Pokój i bezpieczeństwo przychodzą do nas dopiero po tym jak rzuceni zostaniemy na nasze kolana. Bóg wybawia nas poprzez złamanie nas, poprzez rozbicie w pył naszej ludzkiej mocy i unicestwienie naszego oporu. Wtedy atakuje naszą starą naturę owym starodawnym i wiecznym życiem, które jest od początku. Zwycięża nas zatem a poprzez ten błogosławiony podbój zachowuje nas dla Siebie samego. Mając przed sobą ten tak dogłębnie wyjawiony sekret, oczekujący prostego przez nas odkrycia, dlaczego wciąż jeszcze w niemal wszystkich naszych działaniach podążamy w zupełnie innych kierunkach?

Dlaczego budujemy kościoły na ludzkim ciele? Dlaczego przywiązujemy tak wielką wagę do rzeczy, które Pan dawno już odrzucił i mamy w pogardzie rzeczy, które Bóg tak wielce ceni? Albowiem nie uczymy ludzi umierania z Chrystusem a życia w mocy ich konającego człowieczeństwa. Chlubimy się nie naszą słabością a siłą. Wartości, które Chrystus ogłosił fałszywymi, zwykłymi śmieciami, powróciły do łask, uznane zostały za ewangeliczne i promowane są jako treść życia i istota chrześcijańskiej drogi. Paweł powiedział, "Zostałem ukrzyżowany dla tego świata." Krzyż, na którym umarł Jezus stał się również krzyżem, na którym umarł Jego apostoł. Strata, odrzucenie, wstyd - one wszystkie należą tak do Chrystusa jak i do tych, którzy są w pełni Jego. Krzyż, który ich zbawia, również zabija ich a wszystko, czemu tego brakuje jest żałosną pseudoreligią i nie ma absolutnie nic wspólnego z religią prawdziwą. Cóż jednak możemy powiedzieć kiedy przeważająca większość naszych ewangelicznych liderów żyje nie tak jak ukrzyżowani ale jak ci, którzy akceptują świat i rządzące nim wartości, odrzucając jedynie poniektóre, większe czy też bardziej ewidentne wypaczenia. Jakżeż możemy stanąć przed obliczem Tego, który został ukrzyżowany i zgładzony, kiedy widzimy Jego naśladowców akceptowanych i wywyższanych? Jednakże głoszą oni nauką o Krzyżu i zaklinają się, że są prawdziwymi wierzącymi.

Są zatem dwa krzyże? I czyżby Paweł miał na myśli jedno a oni coś zupełnie innego? Obawiam się, że tak właśnie jest, że są dwa krzyże - nowy i stary. Pamiętając o swoich własnych wielkich niedoskonałościach, powinienem myśleć i mówić z wyrozumiałością o tych, którzy przyjmują ciężar drogocennego Imienia którym my, Chrześcijanie jesteśmy nazwani. Lecz jednak jeśli postrzegam to prawidłowo, krzyż popularnego ewangelicyzmu nie jest krzyżem Nowego Testamentu. Jest raczej nowym, połyskliwym ornamentem na łonie pewnego siebie i cielesnego Chrześcijaństwa, którego ręce są prawdziwie rękoma Abla lecz którego głos jest głosem Kaina. Stary Krzyż gładził ludzi, nowy ich zabawia. Stary Krzyż sprowadzał przekleństwo, nowy rozśmiesza. Stary Krzyż zniszczył zaufanie pokładane w ciele, nowy je wzbudza. Stary Krzyż przyniósł łzy i krew, nowy przynosi śmiech. Ciało, uśmiechnięte i zadufane w sobie, głosi kazania i śpiewa o Krzyżu, przed tym Krzyżem bije pokłony i na ten Krzyż wskazuje doskonale wyreżyserowanymi przedstawieniami, lecz na tym Krzyżem nigdy nie umrze i uparcie odmawia przyjęcie na siebie jego przekleństwa. Doskonale wiem jak wiele gładkich argumentów może być wytoczonych w obronie nowego krzyża. Czyż nowy krzyż nie zdobywa nowych dusz i nie znajduje wielu naśladowców zawierając zatem w sobie korzyści sukcesu liczb? Czyż nie powinniśmy dostosować się do nowych czasów? Czyżbyśmy jeszcze nie słyszeli hasła , "Nowe dni, nowe drogi?" Któż, z wyjątkiem ludzi bardzo starych i konserwatywnych, upierałby się za śmiercią jako wytyczoną drogą do życia? Któż dziś jest zainteresowany mrocznym mistycyzmem który skazałby jego ciało na śmierć krzyżową i zaleciłby pokorę prowadzącą do samounicestwienia, jako właściwą cnotę do praktykowania przez współczesnych Chrześcijan? Oto i te argumenty, wraz z wieloma nonszalanckimi pozorami są one wywyższane aby dać pozór mądrości pustemu i bezwartościowemu krzyżowi popularnego Chrześcijaństwa. Prawdziwa wiara musi zawsze oznaczać więcej niż tylko bierną akceptację. Ośmiela się ona oznaczać nie mniej, niż poddanie naszego przeklętego Adamowego życia miłosiernemu końcowi na krzyżu. Oznacza to, że winniśmy jesteśmy Bogu sprawiedliwy wyrok na nasze przepojone złem ciało i uznanie Jego prawa do zakończenia jego przebrzydłego panowania. Uznajemy się za będących ukrzyżowanymi z Chrystusem i zmartwychwstałymi do nowego życia. Tam, gdzie taka wiara jest, Bóg zawsze będzie współpracować z naszym uznaniem. Bóg realizuje to poprzez efektywne wykorzystanie bolesnej lecz przepełnionej miłością inwazji na naszą naturę. Kiedy Bóg pokona nasz opór, wiąże nas łańcuchami miłości i przyciąga do Siebie. Tam, "obezwładnieni Jego cudownością" padamy pokonani i dziękujemy Bogu znów i znów za ten błogosławiony podbój.


http://www.swch.pl/autorzy/tozer/zwycie ... leske.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 15 paź 2014, o 20:22

NIECH IDZIE ZA MNĄ...

Niech W pewnym momencie swojej służby Pan Jezus mówi: „jeśli kto chce mi służyć...”.
Myślę, że wtedy wielu słuchających go ludzi wyostrzyło słuch. Chcieli usłyszeć na czym polega tajemnica służenia Jezusowi. Wielu z nas, gdyby było w tamtej chwili przy Jezusie, zrobiłoby to samo. Chcemy przecież służyć Jezusowi, prawda? I chcemy, by nasza służba była przyjęta, by była Bogu miła. Z napięciem czekalibyśmy na to, co powie. Niech On wskaże cel, drogę, gdyż wie najlepiej.

Jest wielu ludzi, którzy czekają, aż Pan Bóg wskaże im służbę. Wielu czeka z uwagą na Boże powołanie, modlą się o Boże rozpoznanie, o Bożą wolę. Zazdroszczą tym, którzy już taką służbę otrzymali.
Są tak zaabsorbowani nasłuchiwaniem Bożej odpowiedzi, że... przestali iść za Jezusem! Stanęli w miejscu! Tak! Są ludzie, którzy marnują swoje życie w oczekiwaniu na „objawienie”. Myślą, że Bóg zechce postawić ich w zborze jako pastorów lub liderów, a może wysłać do Afryki, Chin...
A Pan Jezus mówi bardzo prosto: „jeśli kto chce mi służyć – niech idzie za mną”! J 12,26 Mamy iść za Jezusem! To NAJWIĘKSZE powołanie i NAJWYŻSZA służba!

Takie było powołanie „objawione” Apostołom. Pan Jezus wzywał ich mówiąc: „pójdź za mną”. To było głównym celem. I oni poszli za Jezusem, nie pytając: „dokąd mnie poślesz?” Jezus, zanim wskaże nam jakąś szczególną służbę czy zadanie, mówi: „pójdź za mną”. Gdy przyszedł czas – wysłał ich na wyjątkową służbę – do miast i wiosek, by głosili nastanie Królestwa Bożego. Ale ich codzienność – to naśladowanie Jezusa!

Czy zgadzasz się na taki rodzaj służby? Czy jest na miarę twoich oczekiwań? Chcesz iść za Jezusem?
Jeśli tak, to posłuchaj, co Jezus mówi dalej. Bo On wskazuje jasny cel, wyraźnie określa kolejne etapy drogi.

„A gdy Ja będę wywyższony ponad ziemię, wszystkich do siebie pociągnę”. J 12,32

Gdzie chciał ich pociągnąć? Niewielu rozumie, że ... na krzyż. Żeby nie było złudzeń, Apostoł Jan mówi w następnym wierszu: „a to powiedział, by zaznaczyć, jaką śmiercią umrze”.
Pan Jezus wzywa na krzyż tych, którzy już wcześniej zostali powołani i zbawieni. Mówi to do swoich uczniów.
Tak, drodzy Bracia i Siostry! To jest wezwanie skierowane do nas, nie do świata! „Kto chce mi służyć, niech idzie za mną”. I niestety, mało jest tych, co chcą iść...
O! Jakże wielu zatrzymało się przed krzyżem! Szli za Jezusem chętnie, gdy wyplątywał ich z cierni, gdy opatrzał rany, gdy koił ból. W euforii szli za Nim, gdy czynił cuda, wyganiał demony, uzdrawiał ślepych, wskrzeszał z martwych...
Jednak na wezwanie z krzyża - „pójdź za mną” - odpowiada niewielu. Większość odwraca się i rozgoryczona odchodzi.
„Twarda to mowa...” - mówią.
Bo pójść za Jezusem na krzyż – to umrzeć! To „stracić swoje życie”. To przestać żyć dla siebie.
Być na krzyżu – to ZAWSZE mówić swojej woli NIE! A to jest ciężkie...

Ileż to razy tak mocno chcemy, by było „po mojemu”, że nie możemy się pohamować? Na przykład, kiedy dochodzi do kłótni w małżeństwie: żadna ze stron nie chce „odpuścić swojego”. „Moja racja” jest tak ważna, że nie możemy powstrzymać się od wyrzucania słów niesprawiedliwych, ostrych, raniących. Słów, które wzniecają niekontrolowany pożar, niszcząc jak potężny żywioł zgodę, pokój, szczęście... Kłótnia wybucha dlatego, ponieważ nie poszliśmy za Jezusem na krzyż! Gdybyśmy byli posłuszni wezwaniu Jezusa i poszli za Nim na krzyż – nie byłoby kłótni. Bo w krzyżu Chrystusowym jest przeogromna moc! Na nim umiera stara natura, umiera obraza, gniew, złość, egoizm. Na krzyżu milknie krzyk i gaśnie chęć odwetu...

Co teraz powiesz? Przeraża cię krzyż? Dalej będziesz przed nim uciekał?
Dla tych, którzy chcą pozostawić sobie jakąś nieczystość lub „mały” grzech, z którym wygodniej żyć (np. małe kłamstwa) – krzyż jest odstraszający, jest groźny. Odstrasza, ponieważ jeśli się zdecyduję pójść na krzyż – zabierze wszystko! Nic nie zostanie dla mnie!
Jednak nie uciekaj. Czyż nie o to chodzi, by być zupełnie oczyszczonym?

Obyś raczej zawołał - alleluja! Chwała Jezusowi za moc krzyża! Chwała Jemu, że pokazał wyjście z grzechu! Wyjście ze świata! Na wezwanie: „pójdź za mną” - pójdę! Nieważne, że z tym jest związane cierpienie – to przecież „cierpienie Chrystusowe”, którego mam być uczestnikiem! (2Kor 1,5) Nieważne, że boli, że często towarzyszą temu drwiny innych i hańba. Nieważne, że kosztuje wiele modlitwy i postu, wołania o ratunek w środku nocy.

Ważne, że to jest wyjście z mojej niemocy i grzechu! Ważne, że będę wolny od świata – przestanie mnie wabić, kusić i zwyciężać. (Gal. 6,14) Jego oferty staną się stertą śmieci! Skończą się moje porażki i niewierność. Ważne, że przyjdzie kres grzesznym pożądliwościom, które mieszkają w ciele! Przestaną mnie dręczyć i kaleczyć. Ważne, że serce będzie czyste!
Ważne, że krzyż przynosi WOLNOŚĆ!! I jest mocą Bożą tym, którzy dostępują zbawienia! 1Kor 1,18

Z wywyższeniem Pana Jezusa na krzyżu wiążą się słowa poprzedniego wiersza: „Teraz odbywa się sąd...” w. 31

Jakie to doniosłe słowa! Przez tyle wieków szatan rządził i robił, co chciał. Nikt mu nie mógł przeszkodzić, nikt go nie mógł pokonać. Nadeszła wreszcie chwila, gdy Pan Jezus ogłasza wyrok: „teraz nadeszła wielka chwila, teraz szatan będzie wyrzucony!” Alleluja!

Szatan myślał, że zwycięży krzyżując Jezusa, ale to właśnie na krzyżu Jezus ostatecznie pokonał szatana!

Wspaniała moc krzyża! Moc, z której i my możemy skorzystać. Zgodnie ze Słowem Bożym, krzyż kładzie kres cielesnym pożądliwościom oraz niweczy uzależnienie od świata. Jeśli bierzemy krzyż i kładziemy na nim swoją wolę, swoje JA – szatan zostaje wyrzucony ze swego tronu! Bo jego tron – to moje JA. Gdy nie ma już mojego JA – nie ma szatana! Ale gdy nie ma mocy krzyża w moim życiu – szatan wraca na swój tron... Razem z nim wracają hańbiące porażki – w sercu cudzołóstwo, wszeteczeństwo, nieczyste myśli, pornografia, a w domu kłótnie, nerwy, krzyk, pycha itp.
Na krzyżu ja umieram dla świata i świat umiera dla mnie! (Gal 6,14) Co za wspaniała „dwustronna” wolność! Ja przestaję żyć dla świata ale również świat przestaje pociągać mnie. Jego blichtr gaśnie jak dopalony knot. Alleluja!

Bez krzyża świat zawsze ma wpływ na człowieka. Nadal jest atrakcyjny, piękny i kuszący. To szatan tak zabarwia świat, by był atrakcyjny dla oczu i dla zmysłów. Jeśli nie żyję w mocy krzyża, pokusy mają nieodpartą moc. Przenikają do serca i ... zwyciężają. Tym można wytłumaczyć smutne i tragiczne upadki ludzi, którzy po wielu latach chodzenia za Panem, upadają w tak straszne grzechy jak cudzołóstwo, pornografia, rozwód. W ich życiu krzyż stracił swoją moc, przestali go nieść. A Ewangelia bez krzyża – to fikcja! To oszukiwanie samego siebie.

Jeśli żyję w mocy krzyża – te same pokusy tracą siłę, a oferty świata, niegdyś atrakcyjne i pożądane, stają się śmieciami i plewami bez wartości. Chwała Bogu, że każdy z nas może doświadczyć mocy krzyża!

Jak można doświadczyć mocy krzyża? Oglądając go, nosząc jako wisiorek, czytając o nim?

Doświadczysz go, jeśli... umrzesz na nim! Innego sposobu nie ma. Pozwól się zaprowadzić tam, gdzie być może dzisiaj nie chcesz... Nie bój się! Nie pójdziesz tam w samotności! To nie jest droga w ciemność. Przed tobą poszedł już tam Jezus! On będzie przy tobie. Pójdziesz wsparty mocą Ducha Świętego.
Pójdziesz umrzeć jedynie ... dla grzechu! Tak naprawdę, to dopiero wtedy zaczniesz żyć! W pokoju i szczęściu. W radości i sprawiedliwości! Twoje serce zazna niebiańskiego szczęścia a twój dom pokoju.

Czy doświadczyłeś już mocy krzyża? Czy ciągle jej doświadczasz? Bo to nie jest sporadyczne przeżycie. To dzieje się codziennie! Gdy przychodzą pokusy z ciała, gdy świat cię kusi – wyjdź im na przeciw w mocy krzyża! Zwyciężysz!! Chwała Jezusowi, bo On pierwszy zwyciężył i teraz udziela nam z siebie.

„Pójdź za mną...” - to wyjątkowe powołanie Chrystusowe, skierowane do każdego nas.
Umiłowani Bracia i Siostry! Nasze powołanie nie kończy się na krzyżu! Nie krzyż jest końcem naszej drogi. Nie hańba krzyża wieńczy nasze życie z Chrystusem, lecz wieczna chwała! Alleluja!

Oto najkrótsza historia tej pielgrzymki: „Podążają oni za Barankiem, dokądkolwiek idzie..” Obj. 14,4-5

Gdzie szedł Baranek – szli oni. Poszli na krzyż, bo tak szedł ich Pan, ale tam się nie skończyło. Ilekroć umierali na krzyżu dla swego JA lub dla świata – doświadczali mocy zmartwychwstałego, zwycięskiego życia!

Szli w mocy Ducha Świętego dalej, oczyszczając się z wszelkiej skazy ciała i ducha, uświęcając się, aż ... doszli tam, gdzie jest tron Baranka! Alleluja! Amen!

Waldemar Świątkowski


http://www.chrystusowy.pl/i69,Niech-idz ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 15 paź 2014, o 20:24

NIEŚ SWÓJ KRZYŻ

Dzisiejszy czas w życiu chrześcijańskim charakteryzuje się, tym, że zanika w nim "mowa o krzyżu". Zastępuje ją mowa o mocy, mowa o znakach, mowa o cudach. Nie przynosi ona jednak życiu chrześcijańskiemu mocy lecz przeciwnie - pozbawia jej, gdyż tylko „mowa o krzyżu jest mocą. Bożą..."!
Prawie powszechnie możemy oglądać smutny rezultat takiej sytuacji:

coraz większe ześwietczenie, rozłamy, zgorszenia. Owocem tego jest również niezrozumienie istoty krzyża przez wielu wierzących. Dobrze rozumiemy istotę krzyża, na którym umarł Pan Jezus i znamy płynące z tego korzyści dla naszego życia.

Równocześnie mamy bardzo niewyraźny i zamazany obraz „naszego” krzyża.

- Jaki „mój" krzyż? Po co mi on?" - to częste pytania. Wielu myśli, że krzyż niosą wtedy, gdy np. przyjdzie na nich długotrwała choroba. Często też słychać narzekanie: „mam ciężki krzyż z moim mężem (żoną) itp. Lecz nie to jest istotą krzyża, który każdy uczeń Jezusa Chrystusa ma na siebie wziąć.

W Ew. Łuk. 9,25 czytamy: "Jeśli kto chce pójść za mną niechaj się zaprze samego siebie i bierze swój krzyż na siebie codzien­nie, i naśladuje mnie".

Z tego wiersza wynikają cztery wyraźne zasady odnośnie krzyża;

* Jest on DOBROWOLNY („kto chce”). Mogę go przyjąć, ale mogę go zaniechać. A czy tak jest np. z chorobą? Czy przychodzi ona kiedy chcę, i ustępuje, kiedy zechcę? Nie! Wszelkie choroby, utrapienia ze strony bliskich przy­chodzą z zewnątrz - niezależnie od tego czy chcemy, czy nie chcemy. Natomiast krzyż bierzemy dobrowolnie - jest to nasza świadoma, wolna decyzja.

* po drugie – „niesienie krzyża" jest związane z zaparciem się siebie. Nie "przynoszą" mi go inni ludzie czy okoliczności zewnętrzne, jak cho­roba, czy prześladowania. Przynoszą go okoliczności wewnętrzne - pochodzące z naszego wnętrza. Krzyż ma miejsce tylko wtedy, kiedy zapieramy się samego siebie - czyli nie czynimy własnej woli.

* Po trzecie - krzyż musimy nieść CODZIENNIE. Nie ma jakichś określonych, wyjątkowych okresów (np. dopiero w starości).

* I po czwarte - krzyż jest związany z NAŚLADOWANIEM Pana Jezusa Chrystusa.

Nikt nie może twierdzić, że idzie za Jezusem Chrystusem, jeśli nie niesie SWEGO krzyża.Łuk.14,27.

Po co więc mam nieść swój krzyż? Aby mógł umrzeć na nim "stary człowiek" z jego pożądliwościami, zasadami, nawykami i prawami. „Umartwiajcie tedy to, co w waszych członkach jest ziemskiego..." Kol.5,5.

Do tego potrzebny jest krzyż. Bóg nie podejmuje się udoskonalenia naszej starej natury. Nie zamierza jej poprawiać, prostować czy retuszować.

Słowo z Gal.5,24 daje nam wyraźną wskazówkę: „A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, UKRZYŻOWALI ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. (Por.Rzym.6,6)

Gdzie jest więc miejsce naszej starej natury? Na krzyżu!!

"Niesienie krzyża", to nie ceremonia, ni e chrześcijański slogan, ani jakaś fikcja - to coś bardzo praktycznego.

A jak my traktujemy swój krzyż? Jak relikwię czy jako skuteczny środek walki z naszymi namiętnościami i żądzami?

Rozpatrzmy to na jakimś codziennym, zwykłym przykładzie:

Oto mąż po całodziennej, wyczerpującej pracy wraca do domu i już w progu dowiaduje się, że obiad będzie dziś spóźniony, bo wynikły jakieś tam przeszkody. Budzi się w nim złość, lecz na razie udaje mu się powstrzymać od zgryźliwych uwag. Po obiedzie ma zamiar spokojnie odpocząć, lecz okazuje się, że żona jest umówiona na odwiedziny i muszą zaraz szykować się do wyjazdu. Jego zniecierpliwienie wzrasta, próbuje oponować, lecz żona jest nieustępliwa. Wtedy wybucha gniewem, żona odpowiada tym samym i kłótnia jest gotowa.

Co się stało? Górę wzięły żądze ciała, takie jak niecierpliwość, gniew, obraza. Dlaczego? Ponieważ nikt z tych dwojga „nie wziął" SWEGO krzyża. Nikt nie „zaparł się samego siebie", swoich racji. Mąż miał swoje racje (wg niego słuszne), żona miała swoje - też słuszne. Mąż domagał się, by żona zrezygnowała ze swoich planów i odwrotnie - żona oczekiwała, że mąż potrafi zrozumieć jej argumenty. Krzyż, o którym mowa w Łuk.9,23 był na boku, był tylko relikwią. W tym wypadku nikt nie okazał się, uczniem Jezusa Chrystusa. Oboje należeli do tych, dla których „mowa o krzyżu jest głupstwem". 1 Kor.1,18

To jest bardzo ważne - zrozumieć zasadę działania krzyża w moim życiu. Wtedy zrozumię, dlaczego Apostoł Paweł mógł się nim chlubić. Gal.6,14 Wtedy też jasne staną się mi Słowa, że „mowa o krzyżu jest mocą Bożą". Niestety, wielu tego nie rozumie i dlatego nie doświadcza mocy krzyża. Jedyne, czego doświadcza „ze strony krzyża", to przebaczenie popełnionych grzechów.

I na tym mamy poprzestać?! Przenigdy!

Krzyż niesie wolność nie tylko od skutków grzechu, lecz także od mocy grzechu. Kto z Boga się narodził, grzechu nie popełnia.." J 5,9

Wielu chrześcijan żyje nadal cielesnym życiem. 1 Kor. 3,3 Dlaczego? Ponieważ nie niosą „swego krzyża", na którym mogli by ukrzyżować swoje „ciało wraz z jego namiętnościami i żądzami". Dlatego dalej żyją według ciała.

Wielu nie chce podjąć krzyża, ponieważ ogarnia ich przerażenie, że stracą wtedy wszystko ze starego życia - wszystkie przywileje, przyjemności, prawa i racje „starego Adama":
Zawsze cierpieć krzywdę?!? 1 Kor.6,7

Zawsze się uniżać? Flp.2,5

Oddawać dobrem za złe? Rzym.12,14

Zawsze przebaczyć - choćby i 77 razy?!? Mt.18,22

Nie jest to możliwe, jeśli rządzi jeszcze w naszym życiu stara natura, dawne zasady i prawa. Wtedy rządził odwet, pycha, gniew, zazdrość itp.

Ale takie życie mamy mieć w nienawiści! Łuk.14,26

I jeśli chcę być uczniem Jezusa muszę je stracić. Mt. 10,59

Wtedy zacznę żyć nowym życiem, prowadzonym w pełni Ducha Świętego.

Tak! Trudno jest „sprzedać wszystkie perły", wszystko, czym się żyło, co było miłe i wygodne dla ciała.

Ale taka jest rzeczywistość nowego narodzenia; „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, stare przeminęło, oto WSZYSTKO stało się NOWE" 2 Kor.5,17

Nowe prawa, nowe wartości, nowe zasady życia, nowe obowiązki, nowe przywileje... WSZYSTKO nowe...

O tym, że jestem uczniem Jezusa - a co za tym idzie, niosę krzyż – nie przesądza fakt nowego narodzenia, czy chrztu. Uczniem staję się, jeżeli zaczynam wypełniać warunki podane przez Pana Jezusa Chrystusa: „jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się ZAPRZE SAMEGO SIEBIE, BIERZE KRZYŻ SWÓJ na siebie CODZIENNIE, i NAŚLADUJE mnie".

Może wiele lat zmarnowałeś, żyjąc tylko „w cieniu" krzyża z Golgoty?

Krzyż był ci tylko potrzebny do uzyskania przebaczenia grzechów.

A potem wracałeś znowu pod bezlitosne rządy cielesnych pożądliwości: zazdrości, gniewu, pychy, nieczystości, kłótni ?(Gal. 5,19-21)

Działo się tak dlatego, ponieważ „twój krzyż" leżał cały czas na uboczu. Nie zadałeś sobie trudu, by go podnieść i nieść codziennie. Gdzie więc miał umrzeć „stary człowiek" – „ciało wraz z namiętnościami i żądzami"? Zacznij więc naśladować Pana Jezusa Chrystusa. Tak, jak On kiedyś złożył swoje życie na ołtarzu krzyża, złóż i ty swoje życie na krzyżu. Czyń to nie od wielkiego święta, czy raz w życiu, ale tak, jak Apostoł Paweł - na każdy dzień.(Por. 2 Kor. 4,10 i 1Kor.15,31). Niech pożądliwości ciała, które codziennie odzywają się w nas, będą pokonane przez moc krzyża. Jeśli chodzimy w mocy Ducha Świętego - będzie to możliwe.

Błogosławiony jest ten, który na wezwanie Jezusa Chrystusa - "Pójdź za mną" - porzuci wszystko i tak, jak Dwunastu - pójdzie za Jezusem. Mt.19,27 Tak, jak kiedyś dla Apostołów, w jego życiu zacznie się nowy, wspaniały okres:

Zacznie „wychodzić" ze starego, gnuśnego i upadłego życia w samowoli, egoizmie i nieposłuszeństwie, do nowego - radosnego i zwycięskiego życia w Duchu Świętym.

Zostanie wyzwolony spod panowania cielesnych pożądliwości do życia „w sprawiedliwości i świętości prawdy". Ef.5,22-24

Doświadczy mocy zmartwychwstałego życia, pokoju i wspaniałej radości, którą przeżywają wszyscy uczniowie Jezusa Chrystusa:

„Z Chrystusem jestem ukrzyżowany, żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus...".Gal.2,20

Waldemar Świątkowski


http://oblubienica.eu/czytelnia/artykul ... swoj-krzyz
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 15 paź 2014, o 20:26

KRZYŻ - DLA JEDNYCH MOC, DLA INNYCH GŁUPSTWO. 1 KOR 1,18

Moc krzyża głosimy wśród niezbawionych i wśród zbawionych. Apostoł Paweł powiedział, że z niczego innego nie chce się chlubić jak tylko z krzyża.
Grzesznikom głosimy, że moc krzyża Chrystusowego gładzi ich grzechy i anuluje list dłużny, który zwracał się przeciwko nim, domagając się wiecznego potępienia za popełnione grzechy.
Zbawionym głosimy, że przez krzyż umieramy dla świata, a świat umiera dla nas. Ga 6,14
I wśród pierwszych i wśród drugich są tacy, dla których mowa o krzyżu jest mocą. Grzesznicy pokutują pod krzyżem i otrzymują przebaczenie oraz nowe życie.

Boże dzieci, przez moc krzyża doświadczają wolności od starych, mocnych więzów nieprawości.
I wśród pierwszych i wśród drugich są również tacy, dla których mowa o krzyżu jest głupstwem.
Grzesznicy śmieją się i drwią z naszej nadziei pokładanej w ofierze Jezusa Chrystusa. Odrzucają pogardliwie ofertę łaski i żyją w bagnie grzechu.
A czy jest możliwe, by wśród ludzi zbawionych znalazł się ktoś, dla kogo mowa o krzyżu jest głupstwem?

Niestety, wielu jest takich.. Słowo Boże nazywa ich ... wrogami krzyża! Flp 3,18-19
Kto jest wrogiem krzyża Chrystusowego? Według powyższego wersetu ten, dla którego bogiem jest jego brzuch, kto uważa za chwałę to, co jest hańbą, kto myśli o rzeczach ziemskich. Kto miłuje i pragnie wszystkiego co jest „ze świata”: pieniędzy, pięknego domu, samochodu, kariery, a także: czci, przyjemności, rozrywki, pychy życia, pożądliwości ciała i pożądliwości oczu.
Z natury miłujemy to i tego pożądamy. Takie mamy usposobienie. Krzyż uśmierca to usposobienie, kładzie kres pożądliwościom. Dlatego mowa o krzyżu jest mocą Bożą!

Niestety, w naszych czasach zanika "mowa o krzyżu". Zastępuje ją mowa o mocy, mowa o znakach, mowa o cudach. Nie przynosi ona jednak życiu chrześcijańskiemu mocy lecz przeciwnie - pozbawia jej, gdyż tylko „mowa o krzyżu jest mocą Bożą..."!
Zanika dlatego, ponieważ wielu nie chce słyszeć o tym, by na dobre porzucić świat. Nie chcą być ukrzyżowani razem z Chrystusem. Wolą by On był ukrzyżowany za nas. Tacy ludzie wolą raczej grzeszyć niż cierpieć z Chrystusem. Dlatego też nigdy nie zakończą definitywnie z grzechem, ciągle będą się w nim plątać.

Apostoł Piotr mówi, że ten kto zgodzi się na cierpienie w ciele – zaniecha grzechu! 1P 4,1. Co za wspaniała nadzieja! Jest możliwe zaniechać grzechu. Na zawsze zaniechać!
Krzyż bez wątpienia przynosi cierpienie. Ale krzyż Chrystusowy przynosi również wolność! I dla tej wolności warto przechodzić cierpienie.

Ten, kto wejrzał w „doskonały zakon wolności” wie, że o wiele lepszym jest cierpieć w ciele niż żyć według ciała. Lepiej cierpieć, nie czyniąc tego co chce ciało i żyć w świętości, niż odrzucić cierpienie i żyć w grzechu. Cierpimy wtedy, gdy mówimy pożądliwościom ciała – NIE! To boli, to kosztuje.
Np.: Pomyśl, ile musi kosztować młodą dziewczynę (mającą tzw. osobisty wdzięk) to, że zamiast szermować tym wdziękiem na lewo i prawo, podkreślając go jeszcze przez środki będące w powszechnym użyciu wśród świata, przyobleka się w skromność wewnętrzną i zewnętrzną?
Albo kto wie, ile kosztuje kogoś, kto ma wszelkie predyspozycje, by być wielkim, wyrzeczenie się splendoru i chwały a przyobleczenie się w pokorę i cichość Chrystusową?

Jednak smak wolności przewyższa wszystkie poniesione koszty!
Wtedy staniemy się podobni do obrazu Chrystusa. Staniemy się ludem Bożym, niepodobnym do nikogo, prócz Chrystusa! W przeciwnym razie pozostaniemy takimi jak inni. Może będziemy się różnić tym, że inaczej spędzamy niedzielę, nie chodzimy do kin i teatrów, nie upijamy się, nie przeklinamy i nie robimy innych jawnych grzechów. Ale jeśli chodzi o gniew, zazdrość, samolubstwo, wygodnictwo, chciwość, szukanie czci, zapalczywość – nie różnimy się niczym.
Bo tylko krzyż przenika do głębi naszej duszy i niszczy starą grzeszną naturę, niszczy miłość do świata. Dla tego, kto pragnie nadal żyć trochę dla Boga a trochę dla samego siebie – krzyż jest czymś okropnym. Jest prawdziwie ich wrogiem bo przychodzi, by rozprawić się z wewnętrzną słabością i nieczystością. Uciekają przed nim jak mogą najdalej. Dlatego tam, gdzie pozwala się żyć według woli ciała - musiała zniknąć mowa o krzyżu. Zbyt uwierała, zbyt ograniczała. Musiała ustąpić nowym „objawieniom”, tzw. „wolności ducha”, co w praktyce oznacza, że wszystko wolno, bo Bóg „patrzy tylko na serce”. Nie zauważają już tego, że w takim sercu mieszka nadal pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha życia.

Dla tych zaś, którzy pragną czystego i świętego życia oraz całkowitego oddzielenia od wpływów świata – krzyż jest upragnionym wyzwoleniem!
Dla jednych głupstwem, dla innych mocą. Dla jednych zgorszeniem, dla drugich wybawieniem!
Każdy z nas ma dwie możliwości i wybiera tylko jedną:

- albo nienawidzę grzechu i miłuję mowę o krzyżu
- albo nienawidzę mowy o krzyżu i miłuję wszystko, co jest na świecie.
„Wielu bowiem... postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego”. Wielu! Nie są wrogami „odpuszczenia grzechów”, ani też „darów łaski”. Nie są wrogami tego, że „Chrystus dźwigał swój krzyż”, lecz wrogami tego, by „samemu dźwigać krzyż i naśladować Jezusa”.

Mieć Niebo i ... wszystko pozostałe – to powszechne oczekiwanie również w dzisiejszych czasach.
Jak inaczej można wytłumaczyć żenujące wprost rzeczy, które mają miejsce w życiu wielu „chrześcijan”?
Pomieszanie świętości i grzechu, sprawiedliwości i nieprawości, Ducha i ciała. Przerażająca asymilacja Ducha i ciała. Dzieje się to tam, gdzie nie ma mowy o krzyżu i gdzie nie działa krzyż.
Krzyż jest strażnikiem Bożego porządku. Skutecznie rozprawia się z grzechem i naszą miłością do świata. Paweł doświadczył tego, że przez krzyż on mógł umrzeć dla świata ale również świat umarł dla niego! Co za moc, co za skuteczność! Krzyż działa w dwie strony. Postaw krzyż między sobą a światem a na pewno umrzesz dla świata, co więcej – świat stanie się dla ciebie obojętny, przestanie cię pociągać. Dotychczasowe jego klejnoty staną się plewami, a skarby – śmieciami! Obejdziesz się bez jego splendoru, wzgardzisz jego ideałami i idolami, odrzucisz najbardziej pociągające oferty, bo rozpoznasz w nich tylko blichtr. Czyż mowa o krzyżu nie jest mocą Bożą? Alleluja!

Jeśli interesuje cię takie życie, na pewno zapytasz: na czym polega ta „mowa o krzyżu”? Gdzie ją można usłyszeć? Co takiego mówili o krzyżu Apostołowie, że tak skutecznie działał?
Nie głosili żadnej sensacyjnej wieści, żadnego „nowego objawienia”, czy „strategicznej wizji”.
Nie mówili nic nowego, czego sami nie usłyszeli...

A usłyszeli kiedyś „mowę o krzyżu” z ust samego Jezusa:
„Kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie” Łuk. 9,23
Tylko te trzy rzeczy: zaparcie samego siebie, umieranie dla swego JA, dla swojej woli i naśladowanie Jezusa... Ot, i cały sekret!
Mowa o krzyżu jest dla jednych mocą Bożą - i to rozumiem. Dla innych głupstwem – i tego nie rozumiem.

Bo tak naprawdę – głupcem jest ten kto odrzuca krzyż.

Waldemar Świątkowski


http://www.chrystusowy.pl/i51,Krzyz-dla ... owski.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 15 paź 2014, o 20:43

Kariera krzyża

W tym świecie krzyż stał się normalny i taki oczywisty. Żyjemy z krzyżem w tle. Krzyż w naszej kulturze XXI wieku stał się modny i zrobił naprawdę wielką karierę. Dzisiaj krzyże wiszą w Kościołach, w kapliczkach, na dzwonnicach, ale nie tylko w miejscach sakralnych je widzimy. Wiszą także w sejmie, można je spotkać w klasach szkolnych, w wielu domach, a nawet w barach. Krzyże wiszą na łańcuszkach, umieszcza się je w kolczykach, lub są częścią innych ozdób ciała. Małe krzyże wiszą w wielu samochodach, widzimy je na drogach, najczęściej obok palącej się świeczki. Krzyż stał się motywem wielu tatuaży. Emblematy krzyża są na naklejkach, koszulkach, breloczkach i innych gadżetach. W pewnym momencie krzyż stał się nawet jednym z najpopularniejszych symboli popkultury. Krzyża używano jako środka przekazu, aby szokować widza, używano go również, aby rozśmieszać publiczność. Krzyż stał się motywem wielu kasowych filmów, rewii i musicali. Jest on też treścią ludowych porzekadeł. Mawiamy, że „każdy ma swój krzyż”, albo mówimy komuś, że „wygląda jak z krzyża zdjęty”, lub ipostujemy komuś nie życząc dobrze słowami: „krzyżyk ci na drogę”. Żaden z innych symboli nie zrobił wśród ludzi takiej zawrotnej kariery jak właśnie krzyż. Można by powiedzieć, że żyjemy z krzyżem w tle, z którym oswoiliśmy się na tyle, że nie mamy z jego przyjęciem i akceptacją wiele problemów. Ten krzyż - jak go nazywam - ludzkiej wyobraźni jednak nie przypomina tego starego szorstkiego krzyża, na którym umierał Pan Jezus. To jest krzyż wyobrażeń człowieka, który od znaczenia prawdziwego krzyża ucieka. To jest taki nasz własny „pluszowy krzyż”, który jest miły i dla każdego do przyjęcia, bo można się do niego przytulić, albo zawiesić go sobie na szyi i nosić jak amulet na szczęście. Dlatego dziś musimy ponownie zadać sobie pytanie - czy mój krzyż, jest tym samym, o którym mówi Biblia?

Apostoł Paweł powiada: „Albowiem uznałem za właściwe nic innego nie umieć między wami jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2,2 B). To jest wielki przywilej nie umieć nic innego tylko Jezusa ukrzyżowanego. Jest tak wielu zdolnych ludzi pośród nas, lecz nie wszyscy nauczyli się Chrystusa (Ef 4,20 B). Czy my potrafimy to, czy nabyliśmy taką umiejętność, aby w swoim życiu umieć stosować krzyż? Pewnego dnia Pan Jezus powiedział do idących za Nim ludzi: „kto nie bierze krzyża swojego na siebie, a idzie za mną, nie może być uczniem moim” (Łk 14,27 B), a na innym miejscu czytamy, że powiedział: „kto nie dźwiga krzyża swego nie jest mnie godzien” (Mt 10,38 B).

Jezus nie zachęcał swoich naśladowców, aby ginęli na krzyżu. Krzyż czasów Jezusa był jedną z najbardziej znanych i okrutnych kar wymierzanych przez władzę za przestępstwa. Krzyż raczej posłużył tutaj Bogu, aby pokazać człowiekowi, że jeśli nie zrezygnuje z siebie, to przyjdzie taki moment, iż zrezygnuje z Jezusa. Zanim Pan Jezus przyjął krzyż powiedział, gorliwie modląc się do Ojca: „wszakże nie moja, ale twoja wola niech się stanie” (Łk 22,42 B). Krzyż Jezusa dokonywał przełomu w życiu człowieka, bo doprowadzał go do rzeczywistej decyzji o tym, jak rozegra się reszta jego życia. Ewangelista Łukasz dodaje, że krzyż codziennie na nowo zmusza człowieka do podjęcia wyboru. Bo czytamy, że „Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze swój krzyż na siebie codziennie”. A zatem powstają pytania: W oparciu o czyją wolę chcę spędzić resztę swojego życia? Kto ma rozpisać scenariusz na moje życie? Czyja wola ma się rozegrać w moim życiu? Widzimy, że Pan Jezus przyjął wolę swojego Ojca, chociaż nie było mu łatwo zgodzić się z tym, co go spotka. Pewnie zauważyliśmy, że Jezus nigdzie nie powiedział, iż mamy wziąć Jego krzyż. Nikt z ludzi nie byłby w stanie udźwignąć ciężaru tego krzyża i nie mam na myśli tego kawałka drzewa. Pan Jezus powiedział, że mamy wziąć swój krzyż. To nie oznacza, iż każdy ma się zmierzyć ze swoim cierpieniem, tak jak Jezus ze swoim, ale to oznacza, że każdy ma doświadczyć osobiście krzyża, tak jak doświadczył go Pan Jezus. A było to głęboko duchowe przeżycie. Czym jest zatem ten nasz krzyż, który mamy i możemy udźwignąć? Krzyż był dobrym probierzem tego, czy człowiek naprawdę naśladuje Pana. Krzyż był tą zaporą odsiewającą tłumy gapiów, tłumy ciekawskich, tłumy hipokrytów, a także tłumy kandydatów na uczniów, od tych dwunastu wybranych, którzy zapragnęli pozostać z Nim za wszelką cenę. Ci, którzy pozostali, byli gotowi aby zaprzeć się samych siebie, to znaczy podjąć taką decyzję, że Jezus będzie Panem ich życia, a nie oni sami. Pod tym względem krzyż nie zrobił kariery.

Często o życiu ludzi decydują pieniądze, wygoda, przyjemności, życie towarzyskie albo gniew, strach, zazdrość, nieprzebaczenie. To są te rzeczy, które są wstanie zawładnąć człowiekiem i pokierować jego życiem. Za Jezusem ludzie chodzili z bardzo różnych powodów. Dopóty chodzili za Nim, dopóki Jezus odpowiadał na ich potrzeby, lecz kiedy potrzeba było wziąć krzyż, tłumy wycofały się.

Mówi się że około 95% naszego społeczeństwa to chrześcijanie. Mimo to, mamy szczególnego pecha, aby trafiać ciągle na te pozostałe 5%, kiedy słyszymy o pijaństwie, przemocy, rozbojach, kradzieżach, korupcji, narkomanii, morderstwach, i całym tym zepsuciu moralnym naszego narodu. A może to jest tak, że z tych 95% naprawdę niewielu przyjęło krzyż i chociaż deklarują się jako chrześcijanie, to właśnie ten prawdziwy krzyż powstrzymał ich przed prawdziwym chrześcijaństwem. Przed autentycznym poddaniem swego życia Chrystusowi. Czym jest krzyż i dlaczego jest taki ważny? Krzyż pozbawiał człowieka życia. Gdy w czasach Jezusa niosłeś krzyż - to każdy, kto ciebie widział, wiedział o tobie, że ty już nie masz własnych planów na życie, wiedział, że ty już nie kalkulujesz tego jak spędzisz kolejny tydzień, bo było pewne, że ty zmierzasz na egzekucję. Było pewne, że uległeś władzy, która pozbawi cię zaraz życia. Twoje życie, które znajdowało się dotąd w twoich rękach i robiłeś z nim, co chciałeś, już się skończyło.

Wziąć swój krzyż oznacza dzisiaj, że poddasz się egzekucji swojego starego życia. Wziąć swój krzyż codziennie - oznacza, że codziennie będziesz wyznawał słowa Jezusa „wszakże nie moja, ale twoja wola niech się stanie” (Łk 22,42 B). Pięknie zobrazował nam to Apostoł Paweł mówiąc: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany, już nie żyję ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Gal 2,20 B). Spójrzmy, że gdy Paweł wziął krzyż, umarło jego własne „ja”. To, co starego było w nim wcześniej, teraz umierało codziennie na krzyżu. Jestem pewien, że Paweł nie tylko przyjął Jezusa, ale on przyjął także krzyż - bo mówi - już nie żyję „ja”, ale żyje moim życiem Pan Jezus. Już nie ja decyduję, już nie ja kieruję, ale wszystko zależy od Pana. Biblia mówi, że Chrystus umarł za nas, abyśmy już nie żyli dla siebie samych, ale abyśmy żyli dla Niego (2 Kor 5,15 B).

Czy ta prawda dopełnia się w naszym życiu? Czy to jest prawda o mnie, że potrafię z czegoś swojego zrezygnować dla Jezusa? Czy sprawy Jego Królestwa są w moim życiu pierwsze? Czy dźwigam ten swój krzyż codziennie, aby poddawać to moje „ja” Bogu? Dla człowieka, który chce jednak pożyć dla siebie, krzyż będzie zawsze źródłem konfliktu. Jak mówi Biblia, krzyż stał się dla pogan głupstwem, a dla Żydów zgorszeniem. Ludzie nie mogąc sobie poradzić z bezkompromisowym przesłaniem krzyża odrzucali go. To nie jest nic złego, że w naszych kaplicach na ścianie wisi krzyż, ale jeżeli pośród nas zgromadzonych tam co niedzielę jest to jedyne miejsce, w którym jest on obecny, to jesteśmy pożałowania godni. Jeśli nie ma go także tam w głębi naszego wnętrza, to oznacza, że w swej duszy tak naprawdę nie pragniemy poddania się władzy Jezusa. A nie pragniemy tego, bo sami jeszcze nie zdecydowaliśmy się abdykować z tronu swego „ja”. Krzyż Chrystusa znaczy dokładnie tyle, że nie masz prawa już do władzy i na taką definicję krzyża wielu ludzi się nie godziło i na to oburzało. Uważano, że jest to wkroczenie w wolność człowieka. Nazywano tą „myśl krzyża” deptaniem praw człowieka, brakiem poszanowania dla jego suwerenności, odebraniem mu możliwości do samorealizacji i rozwoju takiego, jakiego sam zechce i na jaki się zdecyduje. W dobie humanizmu, gdzie człowiek stanął na piedestale ludzkiego uwielbienia, ludzie odrzucają biblijną definicję krzyża, ale żeby nie usunąć go w ogóle, filozofowie, humaniści, i niestety również niektórzy teolodzy zmieniają sprytnie jego poselstwo, tak aby krzyż był „trendy” i był modny, a tym samym łatwy do przyjęcia. Nie da się jednak zakrzyczeć starego poselstwa o krzyżu. On pozbawia prawa do siebie samego i odbiera człowiekowi władzę. Krzyż mówi, że należę do Boga i nie mogę już dłużej żyć dla siebie. Waśnie o to zawsze chodziło w krzyżu. To dlatego wymyślono sobie substytuty krzyża i zastępcze definicje, aby rozwodnić jego poselstwo, żeby znaczył to, co chcemy i nie znaczył tego, czego przyjąć nie możemy. Z nauki o krzyżu pozostawiono to, że nas zbawia, a wyrzucono wszystko to, czego nas pozbawia.

Współczesny wizerunek krzyża nie jest już tym samym krzyżem, który powodował, że swoje życie poddawałeś Bogu, że rezygnowałeś z własnego „ja”. Krzyż więc zrobił wielką karierę, lecz nie w sercach ludzkich. Tam dla niego nie znalazło się miejsca, a nie znalazło się, bo zbyt wielu ludzi chciało jednak to swoje życie zachować dla siebie. Aiden W. Tozer, znany pisarz chrześcijański powiedział: „Musimy być szczególnie ostrożni czy krzyż jaki dźwigamy jest tym samym krzyżem Biblii. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że będziemy naśladować Chrystusa, który nie jest prawdziwym Chrystusem, lecz produktem naszej wyobraźni”.

Nowy krzyż już nie zabija człowieka - on jest atrakcyjny dla tłumów. To jest taki „pluszowy krzyż”, przyciągający publiczność. Ten krzyż jest produktem wyobrażeń i pragnień człowieka, ale nie jest to już ten sam krzyż, na którym umierał Pan Jezus. Tamten kosztował go wiele i zapłacił za to całym swoim życiem.

Tomasz Chyłka


http://www.kech.pl/ge/gewiosna2013.pdf
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 19 paź 2014, o 21:34

Znaczenie krzyża w życiu Apostoła Pawła

Chciałbym podzielić się z wami pewnym fragmentem z Biblii, dobrze nam znany fragment z trzeciego rozdziału listu do Filipian. Jest to wyznanie apostoła Pawła i będę chciał z wami też trochę pobyć z tym tekstem.

„Ponadto bracia moi, radujcie się w Panu. Pisać do was jedno i to samo nie przykrzy mi się, dla was zaś jest to zabezpieczeniem. Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się przesady w obrzezywaniu. My bowiem jesteśmy obrzezani, my, którzy czcimy Boga w duchu i chlubimy się w Jezusie Chrystusie, a w ciele ufności nie pokładamy. Chociaż ja mógłbym pokładać ufność w ciele. Jeżeli ktoś inny sądzi, że może pokładać ufność w ciele, to tym bardziej ja: obrzezany dnia ósmego, z rodu izraelskiego, z pokolenia Beniaminowego, Hebrajczyk z Hebrajczyków, co do zakonu faryzeusz, co do żarliwości prześladowca Kościoła, co do sprawiedliwości opartej na zakonie, człowiek bez nagany. Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w Nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary, żeby poznać go i doznać mocy zmartwychwstania jego, i uczestniczyć w cierpieniach jego, stając się podobnym do niego w jego śmierci, aby tym sposobem dostąpić zmartwychwstania. Nie jakobym już to osiągnął albo już był doskonały, ale dążę do tego, aby pochwycić, ponieważ zostałem pochwycony przez Jezusa Chrystusa.

Bracia, ja o sobie samym nie myślę, że zostałem pochwycony, ale jedno czynię: zapominając o tym co za mną i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie. Ilu nas tedy jest doskonałych, wszyscy tak myślmy; a jeśli o czymś inaczej myślicie, i to wam Bóg objawi; tylko trwajmy w tym, co już osiągnęliśmy.” Filip. 3, 1-16

Apostoł Paweł przedstawia nam pewne doświadczenie swojego życia, w spotkaniu z Panem Jezusem Chrystusem i chciałbym, żebyśmy zobaczyli jego słowa, poprzez rożne miejsca, w których wypowiada się na ten temat.

Apostoł Paweł nie tylko mówi w liście do Filipian, że uznaje wszystko za szkodę wobec Chrystusa Jezusa. To nie są tylko słowa, które mają pokazać górnolotną mowę człowieka, że pięknie potrafi się wypowiadać i naprawdę w tych słowach brzmi piękna nuta krasomówcy, ale apostoł Paweł rzeczywiście wszystko uznał za szkodę i za śmieć.

Lit do Galacjan 6,14:

„Co zaś do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego świat jest dla mnie ukrzyżowany, a ja dla świata.”

On nie tylko mówi, że wszystko uznaje za śmieć, że ponosi pełną szkodę wobec poznania Chrystusa, ale on rzeczywiście umarł dla świata, a świat dla niego. Świat już nie miał zysku z Pawła, ani też Paweł niczego nie szukał w świecie. Krzyż Chrystusowy skończył jakiekolwiek powiązania Saula z Tarsu ze światem, kiedy stał się Pawłem. On był pośród świata, on żył dla tego świata jako światło, które miało przyprowadzać ludzi z tego świata do Jezusa Chrystusa.

Będę czytał z 14 rozdziału Ewangelii Łukasza. Patrzcie na to uważnie, starajmy się zrozumieć przesłanie ewangelii, a także zobaczyć doświadczenie naszego życia. Pan Jezus powiedział takie Słowa, od 25 wiersza:

„A szły z nim liczne tłumy, i obróciwszy się, rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim.”

Apostoł Paweł nie mówi tylko, że poniosłem szkodę, a w rezultacie codziennie żyję w braterstwie z tym światem, ale rzeczywiście ten świat został dla niego ukrzyżowany, a on dla świata. Jezus Chrystus stał się dla Pawła tak wielkim i ważnym, że on w krzyżu Chrystusa zobaczył koniec, stracony dla tego świata. Człowiek, chociaż żył nadal, przestał być częścią tego świata. Z powodu krzyża Chrystusa ten świat już nie mógł zaliczyć Pawła do tych, którzy do niego należą. Rozumiecie? Świat stracił człowieka, a człowiek wcale tym się nie martwił, że stracił świat. Wcale już nie zależało mu na rzeczach tego świata, na pozycjach, na aplauzie tego świata. Nie zależało mu już zupełnie na tym, na czym zależy ludziom tego świata; na pozycjach królewskich, pozycji namiestnika, czy jakichś wysoko postawionych, żeby im ludzie hołubili. Apostoł Paweł umarł dla tych wszystkich rzeczy, poniósł pełną szkodę. Świat określiłby, że człowiek stracił sens życia, ale stracił go według mody tego świata. Paweł zrobił to rzeczywiście, co powiedział Chrystus Pan: „Kto nie dźwiga krzyża swojego, a idzie za mną, nie może być uczniem moim.” Apostoł Paweł mówi: krzyż Jezusa Chrystusa skończył moje życie dla świata. To co apostoł mówi: „nie przykrzy mi się przypominać wam to stale,” całym życiem swoim pokazał, że to jest prawdziwe. Dlaczego? Bo Jezus Chrystus nie był dla Pawła tematem do rozmów, ale rzeczywistością, z której korzystał, aby wrócić do Ojca. Inaczej Jezus Chrystus zajął tak Pawła, że gdyby uznać śmierć i to, co stało się z Pawłem, to byłoby jedno i to samo. On umarł dla tego świata, a świat dla niego.

Myśl o tym. Czy widzisz, że takie jest przesłanie ewangelii, że człowiek, który należy do Chrystusa w całej pełni, już nie może należeć do tego świata, bo tam jest inny duch. Krzyż Chrystusa przecina wszelkie więzi. A więc zobacz, że kiedy apostoł Paweł pisze: „poniosłem wszelką stratę, wszelką szkodę z powodu Chrystusa”, to jest rzeczywistość w jego życiu.

Pan Jezus mówi: ”Takwięc każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego co ma, nie może być uczniem moim”.(Łuk.14,33). I apostoł Paweł zrobił to, co powiedział jego Mistrz; wyrzekł się wszystkiego. Jeszcze jest często tak, że ludzie patrzą na ojca, matkę, brata, siostrę, czy na swoje życie i wtedy nie mogą usłyszeć, co mówi Jezus. Te słowa nie są dla nich słowami, które poruszają ich serce. Apostoł Paweł nie chciał być głupią kłodą, która słucha pięknych słów, ale nie może na nie reagować, gdyż pozostaje nadal częścią tego świata. Otrzymawszy duchowe uszy, on zaczął słuchać, co mówi Pan i dla niego stało się to najwyższe, aby znaleźć się w Nim; o to mu chodziło. I pozostać w Nim na zawsze, w Jezusie Chrystusie, bo to jest ratunek.

I my musimy to widzieć, czy nasze ziemskie, światowe życie jest w stanie wejść do wieczności. Dlaczego więc człowiek balansuje w tym światowym życiu, tak jakby nie wiedział, że krzyż Chrystusa stanął właśnie z powodu tego światowego życia. Człowiek nadal myśli sobie, że może być uczniem Jego i pojmować Jego naukę, żyjąc tak, jakby dla niego nadal ten świat istniał. Ludzie biorą różne rzeczy, żeby tylko coś z tego świata jeszcze mieć, skorzystać. Słowo Boże mówi, jak mamy używać tego świata – jak byśmy go nie używali, bo przemija ten świat, ma swój koniec. Nie mogą nas rzeczy tego świata zachwycać, bo wtedy znaczy, że Chrystus nie ma już odpowiedniego miejsca w naszym życiu.

Czy widzimy, że tylko i wyłącznie takich uczniów ma Chrystus Pan, że nie jest takie proste być Jego uczniem, jeśli człowiek naprawdę nie przyjmie swego krzyża? Nie umrze dla świata, a świat dla niego? – Nie będzie słyszał Słów Jezusa. Wiemy, że pewnego dnia przyjdzie sąd i Pan wróci, aby osądzić każdą sprawę, a niestety możemy zobaczyć, jak często pod naporem tych światowych rzeczy, człowiek rezygnuje, poddaje się, cofa się, nikczemnieje jego życie. Nie jest to już szlachetne życie tego, który jest wszczepiony w Jezusa Chrystusa, tylko życie obłudne, cwaniackie.

Apostoł nie mówi: „wiecie, ja jestem wyjątkowym człowiekiem, dlatego, że jestem taki wyjątkowy, krzyż Chrystusa stał się końcem więzi moich ze światem.” Apostoł Paweł doznawszy tego, że Jezus jest Mistrzem, w sercu swoim doświadczył z łaski Boga objawienia tego Mistrza. I w Jezusie zobaczył wszystko, co jest mu potrzebne do życia i pobożności, dlatego zostawił świat, nie bawiąc się między wyborami, co jeszcze może mu się podobać z tego świata. Umiał żyć w każdym doświadczeniu, dlatego, że Chrystus stał się rzeczywistością, pełnią jego życia. Powiedział: „naśladujcie mnie, jak ja naśladuję Jezusa.”

Zobaczmy i my dzisiaj, czy w naszym ziemskim doświadczeniu jest to, że świat dla nas umarł a my dla świata? Dlaczego ożywają w ludzkich sercach skąpstwo, nałogi, złośliwości, kłamstwa, obmowa? Skąd bierze się to? Jeśli odwraca się oczy od Chrystusa, to to, co światowe musi z powrotem wchodzić. Człowiek nie może być pusty. I to jest wielkie niebezpieczeństwo, że ludzie przychodzą do Chrystusa i powierzchownie odradzają się, ale wewnątrz nich nadal jeszcze jest światowa pożądliwość. I może stać się, że po jakimś czasie taki człowiek, może być gorszy niż był na początku. Tu nie ma zabawy. Pan Jezus powiedział: jeśli chcesz pójść za mną i żyć, to musisz zaprzeć się wszystkiego i siebie samego też i wziąć krzyż.

Zobaczcie, że możemy słuchać Słów Mistrza i myśleć sobie, że można inaczej. Jak wyglądalibyśmy, gdybyśmy na przykład tak słuchali ludzi, którzy mają jakieś prawo do tego, by dysponować naszymi finansami, którzy zatrudniają nas w pracy, czy cokolwiek innego, i jeśliby oni coś mówili, a my i tak po swojemu robilibyśmy. Jak wtedy wyglądałoby to? Pan Jezus mówi: jeśli chcesz być moim uczniem, to musisz znienawidzić wszystko, łącznie ze swoim życiem. I apostoł Paweł powiedział: ja to przyjąłem, znienawidziłem świat, a świat znienawidził mnie. I dlatego wiele razy był atakowany przez świat. Dla świata ten człowiek był niebezpieczny, bo gdziekolwiek pojawił się, tam świat był wstrząsany jego pragnieniem Chrystusa. Nie on był wstrząsany pożądliwością świata i nie balansował, ile z tej pożądliwości jako apostoł może jeszcze wziąć. Ale ten świat pełen pożądliwości wstrząsany był naturą, która napełniała apostoła; jego rzeczywistością miłości do Chrystusa, troską o to co jest bliskie sercu Chrystusa.

I zobaczmy, że dzisiaj często jest tak, że ludzie rozglądają się za jakimiś cudami, wydarzeniami i nie widzą, że prawdziwym sensem życia chrześcijanina jest to, żeby iść za Jezusem z krzyżem. Ludziom jest koniecznie potrzebne „coś” w kościele, żeby mogli normalnie funkcjonować, podczas, gdy zapominają o czymś najważniejszym: czy już znienawidzili swoje życie, czy już tak je znienawidzili, żeby nie zważać na nie, lecz tylko na to, co Chrystus chce z nimi uczynić. Często ludzie ze względu na innych robią różne rzeczy, zapominając, że mają mieć w nienawiści cielesność ludzi i swoją też. Wszystko, co cielesne i zmysłowe powinno być znienawidzone. A to nie może stać się inaczej, jeśli w sercu nie mieszka Chrystus. Tylko On może spowodować, że człowiek patrząc na Niego widzi rzeczywiście, co dzieje się w tym świecie i nie ulega temu światu.

Zobacz, czy nie wracasz jak wędrowiec, jak pielgrzym wychodźca, który nie ma tutaj niczego, czego szukałbyś i rzeczy tego świata nie interesują cię. A gdzie one dopadły cię jeszcze, tam wiesz, że krew Jezusa jest wystarczająca, żeby ci pomóc, żebyś uwolnił się od tych rzeczy, żebyś nie należał do tego świata, ani świat do ciebie. Umarli dla świata. „Poniosłem wszelką szkodę, zostawiłem wszystkie moje pragnienia, dążenia, marzenia światowe. Krzyż zakończył to.” Tak, jest to jeden z tych elementów, gdzie apostoł Paweł nie tylko mówi, że poniosłem wszelką szkodę, aby należeć do Chrystusa, ale rzeczywiście krzyż przeciął jego więzi ze światem. I to samo musi być w życiu każdego ucznia Jezusa Chrystusa, bo to powiedział Jezus Chrystus. Bez krzyża nie można być Jego uczniem. A krzyż to jest śmierć dla świata.

Zobaczmy co jeszcze stało się w życiu apostoła i musi stać się w życiu każdego, który należy do Jezusa Chrystusa.

2Kor. 4,10 -12:

„Zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący, aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło. Zawsze my bowiem, którzy żyjemy, dla Jezusa na śmierć wydawani bywamy, aby i życie Jezusa na śmiertelnym naszym ciele się ujawniło. Tak tedy śmierć wykonuje dzieło swoje w nas, a życie w was.”

Apostoł mówi, że on umarł, aby mógł żyć w nim Chrystus. To jest poniósł wszelką szkodę, tam gdzie ludzie szukają czegoś dla siebie, dla swoich rodzin, tam on już tego nie szukał. Oni biegają, troszczą się o różne rzeczy, on już się o to nie troszczy. Oni nie mają czasu dla Chrystusa, on nie ma czasu dla świata. Oni napełnieni są pożądliwościami, które władają tym światem, on już napełniony Chrystusem Jezusem. Jezus, przez apostoła Jana mówi, że ten zwycięża świat, kto wierzy, że Jezus Chrystus jest Synem Boga. Apostoł zwycięża świat, umarł dla niego, jak czytaliśmy wcześniej; umarł też, aby mógł żyć w nim Chrystus.

Widzicie jak wielkie jest to, co uczynił Pan – Jego zdobycie człowieka na własność?

List do Rzymian, 6 rozdział od trzeciego wiersza. Czytamy o chrzcie:

„Czyż nie wiecie, że my wszyscy ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć Jego zostaliśmy ochrzczeni? Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili. Bo jeśli wrośliśmy w podobieństwo jego śmierci, wrośniemy również w podobieństwo jego zmartwychwstania, wiedząc to, że nasz stary człowiek został wespół z nim ukrzyżowany, aby grzeszne ciało zostało unicestwione, byśmy już nadal nie służyli grzechowi. Kto bowiem umarł, uwolniony jest od grzechu. Jeśli tedy umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że też z nim żyć będziemy, wiedząc, że zmartwychwzbudzony Chrystus już nie umiera, śmierć nad nim już nie panuje. Umarłszy bowiem, dla grzechu raz na zawsze umarł, a żyjąc, żyje dla Boga. Podobnie i wy uważajcie siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie Panu naszym. Niechże więc nie panuje grzech w śmiertelnym ciele waszym, abyście nie byli posłuszni pożądliwością jego.”Rzym.6,3-12.

Umarliśmy dla grzechu. Paweł mówi, że poniosłem wszelką szkodę. Ten świat nurza się w grzechach i czuje się dobrze, jemu jest to potrzebne, bo bez tego nie ma radości, prawda? Człowiek, który miałby nawrócić się do Pana mówi; co to za radość kiedy nie będę mógł pić, palić, na zabawy chodzić, co jeszcze z tego życia mi zostanie wtedy? Apostoł Paweł mówi; poniosłem wszelką szkodę. To co cieszy ten świat, ja dla tego umarłem – umarłem dla grzechu, grzech nie pociąga mnie. Świat nie potrafi żyć bez grzechu. Codziennie musi grzeszyć, bo to jest jego uciecha.

Czy stało się to już w twoim życiu? Apostoł nie tylko mówi, że poniosłem wszelka szkodę, ale rzeczywiście to jest w jego życiu i on o tym głosi wszem i wobec. On głosi śmierć na krzyżu dla świata, on głosi śmierć dla grzechu. Mówi; i wy tak uważajcie siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Pana w Jezusie Chrystusie. Po co apostoł Paweł pisze to? Żeby tak było. A więc, czy już straciliśmy świat i straciliśmy uciechę grzechu?

Zobaczmy dalej. Będę czytał 2Kor.5,14:

„Bo miłość Chrystusowa ogarnia nas, którzy doszliśmy do tego przekonania, że jeden za wszystkich umarł; a zatem wszyscy umarli.”

Jakie cudowne przekonanie; umarłem dla grzechu, umarłem dla świata. Jak dobrze uważać się za umarłego. Rzeczywiście mieć to w sobie; moc krzyża działającego w naszym życiu.

Ale pójdźmy dalej. Zobaczcie, że Paweł nie jest gołosłownym mówcą. Kiedy mówi, żeby wszystko stracić, żeby tylko zyskać Chrystusa, to on rzeczywiście idzie tędy, bo wie, że tylko taka jest droga. Wszystko stracić, uznać za szkodę, za śmieć wobec doniosłości samego Pana Jezusa Chrystusa, aby doznać Jego śmierci i Jego zmartwychwstania.

List do Galacjan 2,20:

„Z Chrystusem jestem ukrzyżowany, żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne moje życie w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie”

Posłuchajcie wyraźnie wszyscy, co mówi apostoł Paweł; żyję już nie ja. Czy widzicie chrześcijaństwo, które należy do Pana? – żyję już nie ja. Skoro umarłem, to już nie ja żyję. Można mówić, że umarłem i żyć dla świata, dla grzechu, dla siebie samego i być pustomówcą, który mówi coś, czego nie ma rzeczywiście w życiu.

Albo można rzeczywiście umrzeć i dla świata i dla grzechu i dla samego siebie. Po co? Powiem wam, że to, ku czemu teraz idę z wami jest skarbem najpiękniejszym z nieba, najpiękniejszym Bożym darem, danym człowiekowi. Nie żyję już ja, jakie to cudowne. Jeśli znienawidziłem samego siebie ze swoimi rzeczami, ze swoimi pragnieniami, dążnościami, mowami, zabawami, korupcją i zobaczyłem wartość prawdziwego Chrystusa, to wtedy najwyższym moim przywilejem jest to, że nie żyję ja, ale żyje Chrystus we mnie, że jest takie życie, które może być błogosławione i które mnie napełnia z góry. Jakie to szczęście dla tych, którzy idą do wieczności, spotkać się z Bogiem by pozostać z Nim na zawsze. Już nie żyję ja, jakie to szczęście. „Ja”, kiedy stanie przed Bogiem, pójdzie na zatracenie, ale kiedy już nie żyję ja, lecz żyje Chrystus we mnie, to żyje we mnie wieczność. On jest życiem wiecznym. Czy chcę żyć dalej jeśli wiem, że życie wieczne przyszło z góry, żeby napełnić mnie umarłego dla świta, dla grzechu, dla siebie samego? A więc zwróćcie uwagę, że chrześcijaństwo jest czymś prawdziwym i w tym właśnie pracuje Duch Boga. Więc obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze Syna Bożego, mam wiarę Jego w sobie.

1 list do Koryntian 15,10:

„Ale z łaski Boga jest tym, czym jestem, a łaska jego okazana mi nie była daremna, lecz daleko więcej niż oni wszyscy pracowałem, wszakże nie ja, lecz łaska Boża, która jest ze mną.”

Ale z łaski Boga, jestem tym, czym jestem. Nie mogę powiedzieć, że ja sam podjąłem decyzję, że umrę, ja sam załatwiłem swoją śmierć, ja sam przyszedłem do Chrystusa i zgodziłem się na to, żeby Jego życie napełniało mnie, życie, którego świat nienawidzi i żebym ponosił konsekwencje, że to życie napełnia mnie.

Znaczenie krzyża w życiu Apostoła Pawła – część 2.

Żaden człowiek sam, nie przyjdzie do takiego czegoś, bo wszyscy chcą znaleźć się dobrze w tym świecie. Pożądliwość tego świata napełnia wszystkie serca i człowiek bez krzyża niemożliwe, żeby przyszedł w pełni do Chrystusa. Nie można żyć dla Chrystusa, należąc jeszcze do tego świata. To jest przecięcie, jeśli człowiek ma naprawdę żyć.

A więc z łaski Boga jestem tym, czym jestem, nie zawdzięczam tego sobie, to się stało; mówi apostoł Paweł. By nikt nie myślał, że był to taki człowiek wyjątkowy, który idealnie i dobrze zrozumiał intencje Boga i do jego serca tak prosto dotarło to i on to tak przyjął. Ale w innym miejscu powiedział: „upodobało się Bogu już przed założeniem świata wybrać mnie sobie do służby”. Z łaski Boga jestem tym, czym jestem. Nie ma miejsca na dumnego człowieka, który mówi; osiągnąłem to, bo więcej pracowałem, więcej myślałem, ale jest łaska, prawda docierająca do człowieka, objawienie Syna Bożego.

1Tes.2,1- 12:

„Albowiem sami wiecie bracia, jakie było przyjście nasze do was, że nie było ono daremne, ale chociaż przedtem, jak wiecie, w Filipi ucierpieliśmy i byliśmy znieważeni, to jednak w Bogu naszym nabraliśmy odwagi, by w ciężkim boju głosić wam ewangelię Bożą. Albowiem kazanie nasze nie wywodzi się z błędu ani z nieczystych pobudek i nie kryje w sobie podstępu, lecz jak zostaliśmy przez Boga uznani za godnych, aby nam została powierzona ewangelia, tak mówimy, nie aby się podobać ludziom, lecz Bogu, który bada nasze serca. Albowiem nigdy nie posługiwaliśmy się pochlebstwami, jak wiecie, ani też nie kierowaliśmy się pod jakimkolwiek pozorem chciwością; Bóg tego świadkiem, nie szukaliśmy też chwały u ludzi ani u was, ani u innych, chociaż jako apostołowie Chrystusa mogliśmy być w wielkim poważaniu; przeciwnie, byliśmy pośród was łagodni jak żywicielka, otaczająca troskliwą opieką swoje dzieci. Żywiliśmy dla was taką życzliwość, iż byliśmy gotowi nie tylko użyczyć wam ewangelii Bożej, ale i dusze swoje oddać, ponieważ was umiłowaliśmy. Wszak pamiętacie bracia trud nasz i mozół; pracując nocą i dniem, aby dla nikogo z was nie być ciężarem, głosiliśmy wam ewangelię Bożą. Wy jesteście świadkami i Bóg, jak świątobliwe i sprawiedliwe i nienaganne było postępowanie nasze między wami wierzącymi. Wszak wiecie, że każdego z was, niczym ojciec dzieci swoje, napominaliśmy i zachęcali, i zaklinali, abyście prowadzili życie godne Boga, który was powołuje do swego Królestwa i chwały.”

Apostoł mówi: z łaski Boga jestem tym, czym jestem. Kiedy widzicie mnie i życie, widzicie Chrystusa żyjącego we mnie. To jest Chrystus, Jego miłość, Jego troska, łagodność, miłosierdzie.

Rzym.14, 7-9:

„Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy, jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto, czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy. Na to bowiem Chrystus umarł i ożył, aby i nad umarłymi i nad żywymi panować.”

Apostoł mówi: już nie żyję dla samego siebie, we mnie żyje Chrystus. Jeśli umrę, to dla Niego, jeśli żyję to dla Niego, aby On był uwielbiony. Jedno, co zajmuje serce ucznia Chrystusa, to aby Mistrz był uwielbiony. Ażeby tak było, człowiek musi umrzeć dla pożądliwości tego świata. Duma i pycha tego świata mówi; ja, ja, zwróć uwagę na mnie, chodź wokół mnie, jestem taki ważny, nie pomijaj mnie. A tutaj pełna szkoda – śmierć. Już nie liczę się ja, lecz Pan. Już nie chcę żyć dla swego imienia, już nie chcę żeby mówiono; Saul z Tarsu to jest taki mądry człowiek, to jest taki dobry człowiek, to jest taki i taki człowiek. Paweł mówi; ja nie chcę już żyć dla swego imienia. Jedno, co mnie interesuje, aby Jezus, Jego imię było uwielbione we mnie, aby Jezus był zwiastowany.

Czy myśmy już doświadczali tego? – ta cudowna myśl; nie ja, lecz On, nie mnie, lecz Jemu.

Dzieje Apostolskie 21,13, gdzie apostoł Paweł mówi:

„Ja przecież gotów jestem nie tylko dać się związać, lecz i umrzeć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa.”

I to jest to, co mówiłem, cudowny Boży dar z nieba, już nie żyjesz dla swego imienia, jakbyś nie miał na imię, czy nie miała. Ale jest to łaską od Boga, że jeśli poniesiemy szkodę, żeby zyskać Chrystusa, to poniesiemy również szkodę, co do swego imienia. Nie ono będzie się liczyć, ale będzie się liczyć jedno imię. I wtedy przychodzi do nas prawda o cząstkach jednego ciała Chrystusowego. I każda cząstka myśli o jego Imieniu i to nas złączyło, tylko to, miłość do Jezusa. Cudowne pragnienie nowego człowieka, aby to imię było uwielbione pośród nas, Imię Jezusa Chrystusa. Nie moje i nie twoje, to nie jest kościół. Jest jedno imię, w którym jest zbawienie. Żaden Marian, Piotr, czy Paweł nie jest zbawicielem. Jest jedno imię, w którym jest zbawienie. Jakie to jest imię? Jezus Chrystus. Jest jedno Imię, w którym mamy przebaczone grzechy nasze. Jest tylko jedno Imię, w którym można być zbawionym, wejść do wieczności. Jeśli jestem cząstką Jego, to Jego Imię jest dla mnie najważniejsze. To jest rzeczywistość, nie można się do tego zmusić, to przychodzi z nieba i jest to błogosławieństwo niebiańskie, że człowiek znienawidził swoje imię, swoje życie dla siebie. Tak jak powiedział Paweł; znienawidził siebie i wszystko i nie chce żyć dla żadnego innego imienia, jak tylko jednego, którym jest Jezus Chrystus, dla Jego chwały. To należy do tych, którzy są uczniami Jego. To należy do tych, którzy idą do wieczności; Imię Jezusa Chrystusa.

Poniosłem wszelkie szkody; to nie jest pusta mowa. Według ludzi tego świata straciłem wszystko, mówi apostoł Paweł, lecz we mnie jest to, czego nie ma w świecie. Zyskałem Chrystusa, zyskałem miejsce, które Jego Imię nosi w sobie. Apostoł Paweł mówi: czego chcecie ode mnie ludzie, jestem gotów i dla Niego umrzeć, aby Jego Imię uwielbione było, Jego Imię. Musi nas napełniać to w mocy Jego Ducha, abyśmy już nie żyli dla swego imienia, ale dla jednego tylko. Tylko to może być naprawdę jednością kościoła, nie ma innej jedności. Wszystkie dogmatyczne walki, zmagania się, są nadal ludzka mentalnością, żeby okazać się lepszym od innych. Podczas, gdy głównym zmaganiem kościoła Jezusa Chrystusa jest to, aby nie my, lecz On był uwielbiony. To jest najważniejsze i będę mógł was po tym prowadzić.

Mówiliśmy, że z ciała płyną różne złe rzeczy, mówiliśmy, że prawdziwy bój nie toczy się w mocy naszych możliwości, ale w mocy Ducha Bożego, który przyszedł do nas. Inaczej mówiąc, nie mogę umrzeć bez Ducha Bożego, bo i przez tego samego Ducha wiecznego, Chrystus Jezus ofiarował siebie Bogu. I przez tego Ducha Świętego w korzyści śmierci Chrystusa i my umieramy dla siebie. Jakże cudowne, że przyszedł ten, który może pomóc nam umrzeć dla świata, dla grzechu, dla samych siebie. Kiedy On pracuje w człowieku, pokazuje wielkość Chrystusa, aby człowiek był gotów poddawać się, żeby ponosił szkodę według tego świata, ale podług nieba był człowiekiem, który zyskuje.

Nie ma nic większego tutaj na ziemi, jak to, co zwiastowane jest ze Słowa Bożego, jest to prawda rozświetlająca ciemności.

List do Galacjan 5 rozdział, od 13 wiersza do 26:

„Bo wy do wolności powołani zostaliście, bracia, tylko pod pozorem tej wolności nie pobłażajcie ciału, ale służcie jedni drugim w miłości, albowiem cały zakon streszcza się w tym jednym słowie, mianowicie w tym: będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego. Lecz jeśli jedni drugich kąsacie i pożeracie, baczcie, abyście jedni drugich nie strawili. Mówię więc według Ducha postępujcie, a nie będziecie pobłażali żądzy cielesnej. Gdyż ciało pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału, a te są sobie przeciwne, abyście nie czynili tego, co chcecie. A jeśli Duch was prowadzi, nie jesteście pod zakonem. Jawne zaś są uczynki ciała, mianowicie: wszeteczeństwo, nieczystość, rozpusta, bałwochwalstwo, czary, wrogość, spór, zazdrość, gniew, knowania waśnie, odszczepieństwo, zabójstwa, pijaństwo, obżarstwo i tym podobne; o tych zapowiadam wam, jaki już przedtem zapowiedziałem, że ci, którzy rzeczy te czynią, Królestwa Bożego nie odziedziczą.

Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Jezusa Chrystusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy. Nie bądźmy chciwi próżnej chwały, jedni drugich drażniąc, jedni drugim zazdroszcząc.”

Ludzie cieleśni tego szukają; zazdroszczą sobie czegoś nawzajem, szukają własnej chwały, ale duchowi wiedzą, że tylko Duch Boży może nas napełniać tym, co jest wieczne, co jest przyjmowane w niebie. Z naszego ciała płynie skażenie, ale z Ducha Bożego płynie błogosławieństwo życia Chrystusa. Duch jest przeciwko ciału. Kto może pomóc mi wziąć krzyż, jeśli nie Duch Boga. Kto może pomóc mi umrzeć dla grzechu, jeśli nie Duch Boga, kto pomoże mi umrzeć dla samego siebie, jeśli nie ten Duch, bo On przyszedł uwielbić Jezusa. I o tym wiemy. To jest prawda ewangelii, o której wiedzieli wszyscy uczniowie Chrystusa, którzy pisali Słowo Boże; mówią to do nas.

A więc, ten to Duch przyszedł wystąpić, jako Pocieszyciel w walce przeciwko światu, ciału, naszemu własnemu ja. I to jest cudowne, że jest Ktoś, Kto może nam pomóc, bo sami bylibyśmy nadal bezradni. Wiedząc to wszystko, nadal pozostalibyśmy bezradni. I przyszedł Duch Boga, by wprowadzić nas w to, co w Chrystusie. Nasze ciało, jak mówiliśmy z siódmego rozdziału listu do Rzymian, sieje skażenie. Dobre pragnienie naszego ducha napotyka na skażenie ciała i nasz duch jest za słaby, by okazać się w zwycięstwie. Ciało jest mocne i prowadzi do świata, do grzechu, do egoizmu. Nędzny ja człowiek; któż mnie uwolni z tego ciała śmierci?

I teraz chcę wam powiedzieć, że nasz duch potrzebował posilenia z nieba, żeby umocnionym zostać, i żeby wygrać tą walkę z ciałem. Nasz duch otrzymał rękojmię, pieczęć z nieba, jak pisze apostoł, Ducha Bożego, który oznajmia mojemu duchowi, że jestem dzieckiem Boga. Jakie posilenie jest w tym, jakie dodanie otuchy i odwagi, kiedy mój duch nie jest pozostawiony sam w tym zmaganiu się z ciałem, ale, że przyszedł Ten, który jest mocen uczynić to, co jest potrzebne, abym okazał się zwycięzcą. Mój duch wie, że nie zawdzięcza sobie tego, że jest dzieckiem Boga, że przyszło to z Bożej łaski. Upodobało się Bogu objawić, wybrać przed założeniem świata, tak jak pisze apostoł Paweł, upodobało się podjąć decyzję i powiedzieć memu duchowi; jesteś jednym z tych, których chcę mieć ze sobą na wieczność. Jakie posilenie, jakie napełnienie, jaka chęć do życia, a zarazem i doświadczenie, że moje ciało straciło siłę i że chociaż wcześniej mogło mnie gnać do różnych rzeczy, pożądliwości, to Duch Boga Wszechmogącego stanął przeciwko ciału i ja doświadczyłem mocy do tego, by stanąć i przejść ponad tym, co jest cielesne, uwielbiając Chrystusa Pana. I to samo doświadczyłeś, kiedy do ciebie dotarło Boże przywołanie i wezwanie; dzieckiem Boga jesteś, Jam cię wezwał do społeczności z Sobą. Doświadczyłeś, że tam gdzie musiałeś ulegać grzechowi, dostałeś moc, aby zwyciężyć i wiesz, że to nie przyszło z mocy twego życia, ale z mocy z góry – ewangelia poświadczona w doświadczeniu, Słowo Boże, które wypełnia się w tych, którzy do Boga należą.

Słowo Boże mówi: kogo Duch Boży prowadzi, ten jest dzieckiem Bożym. Nie może człowiek sam iść, bo to ciało jest mdłe. Jeśli nie będzie prowadzony przez Ducha Bożego, ponownie to ciało będzie mocniejsze i duch człowieka nie będzie miał siły przedrzeć się przez to ciało. Ale jeśli Duch Boży, moc z wysokości jest ze mną, to wtedy mój duch dostaje przez cały czas to, co potrzebne; Boże upewnienie w tej bitwie – dalej. Wszystko jest możliwe dla ciebie, bo Chrystus jest twoim Panem.

I to nas jedynie może złączyć naprawdę teraz i na wieczność. Nie ma innych więzi pomiędzy ludźmi, którzy idą do wieczności, nie ma takiego sobie tzw. kościoła. Jest jeden kościół prawdziwy, który jest podwaliną prawdy, którego fundamentem jest Chrystus Pan. Są to tylko ludzie, którzy miłują Chrystusa. Apostoł Paweł powiedział, kto nie miłuje Chrystusa niech będzie przeklęty. To znaczy, że człowiek, który nie miłuje Jezusa na pewno nie ma w sobie Bożego objawienia co do tego, kim jest Chrystus i że Duch Boży nie prowadzi go, a człowiek idzie według własnej woli i myślenia.

Zobaczmy, że kiedy w nas dokonują się Boże dzieła, ten cały list do Rzymian (czytajcie to sobie wiele razy i tam będziecie mogli to znaleźć) szczególnie ósmy rozdział wskazuje, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują; a miłować Boga nie można, jeśli Duch Boży nie dotarł do nas. To On napełnia Bożą miłością i On ożywia mnie. Stawia mnie w rzędzie tych, którzy są trzeźwi. Mogę żyć, bo Bóg jest ze mną, ale jeśli jest inaczej kończy się moc życia chrześcijańskiego. Demas odszedł do świata. Inni gdzieś indziej porozchodzili się. Wielu jest powołanych, ale niewielu wybranych. Wielu doświadczyło, że Pan ich wzywa, a później odeszli.

Nigdy żaden z nas nie będzie miał siły do życia, jeśli nie będzie miał nieustannie Bożego napełnienia przez Jego Ducha. „Świątynią Bożą jesteście. Duch Boga mieszka w was, nie należycie już do samych siebie.” Jego Duch musi do ciebie i do mnie docierać. Sam człowiek nie da rady, tylko prowadzeni Jego Duchem, możemy dojść do celu. Bez Jego Ducha, zobaczcie, co dzieje się z nami ludźmi, jak świat, grzech, zazdrość, złośliwość, gniew, umiłowanie własnego życia ogarnia serca. Ilu jest takich ludzi, którzy tak jak Paweł mogą powiedzieć, że ponieśli pełną szkodę, stracili wszystko, co ludzie w tym świecie uznają za wartość. A w życiu ich stało się wartością to, co dla tego świata nie ma wartości – Chrystus Pan. Kiedy mówisz o Jezusie Chrystusie, ten świat najczęściej nie chce cię słuchać. Chrystus nie ma tam żadnej wartości. Ten świat myśli o zarobku, o grzechach i nieprawościach, o różnych rzeczach, biegnie do swoich telewizorów, do kin, do gazet, do swoich książek, nie ma czasu dla Chrystusa, lepiej wykorzystać go tutaj. Dla takiego człowieka, który doświadczył spotkania przez poświadczenie Ducha Bożego, że ma Ojca w niebie, że ten Ojciec chce, aby oczyszczać się od wszelkiej zmazy i skazy przez krew Syna Jego, aby móc z Nim przebywać, wartością staje się Chrystus i nie jest mu szkoda tego świata, ani tych rzeczy, które są w świecie. On staje się człowiekiem, który wykorzystuje czas, gdyż wie, że ma go niewiele. Chce poznać jeszcze bardziej Jezusa, żeby wiedzieć jeszcze bardziej, jak wielkim jest Ten, który przyszedł do nas.

Widzicie to? Ja muszę mieć potwierdzenie, to znaczy, że moc z góry mnie napełnia do życia. Mogę zobaczyć poprzez owoc, tak jak Pan Jezus powiedział; po owocach rozpoznacie, jaki to duch panuje w was.

Chciałbym, żebyście mogli jeszcze bardziej kosztować z tego, ale tu potrzeba Pana, potrzeba Jego Ducha. Co z tego, że będziesz wiedział, że w Biblii jest napisane, że Chrystus jest Panem, Zbawicielem, Odkupicielem, jak nie będziesz mógł żyć, jak rzeczy tego świata będą napełniać twój umysł, twoje pragnienia, jak to ciało będzie cię prowadzić, a nie Boży Duch. Co z tego, skoro Słowo Boże mówi, że ci, którzy w ciele żyją, Bogu podobać się nie mogą, bo z ciała płynie skażenie, ale którzy w Duchu żyją, ci się Bogu podobają, bo z Ducha płynie miłość, pokój, radość, cierpliwość, łagodność. I musisz mieć wewnątrz siebie to cudowne niebiańskie potwierdzenie w twoim duchu, upewniające cię – wracasz do domu Ojca. Dlatego chcesz być znaleziony przyobleczonym, a nie nagim, bo jako Jego dziecko masz szacunek do Ojca. Posłuchajmy pięknych Słów z listu do Rzymian.

List do Rzymian 7, 25, 8,1:

„Bogu niech będą dzięki przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc ja sam służę umysłem zakonowi Bożemu, ciałem zaś zakonowi grzechu.”

Przeto teraz nie ma żadnego potępienia dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie.”

Aby znaleźć się w Nim, mówi apostoł Paweł. Dla kogo nie ma potępienia? Dla tych, którzy mówią o Chrystusie? Paweł mówi; umarłem dla świata, umarłem dla grzechu, dla siebie, aby znaleźć się w Nim. I to, że umarłem, nie zawdzięczam sobie samemu, ale Jego łasce, że On to wszystko uczynił, ten Wszechmogący Ojciec posyłając swego Syna.

Rzym. 8,2-5:

„Bo zakon Ducha, który daje życie w Chrystusie Jezusie, uwolnił cię od zakonu grzechu i śmierci. Albowiem czego zakon nie mógł dokonać, w czym był słaby z powodu ciała, tego dokonał Bóg: przez zesłanie Syna swego w postaci grzesznego ciała, ofiarując je za grzech, potępił grzech w ciele, aby słuszne żądanie zakonu wykonały się na nas, którzy nie według ciała postępujemy, lecz według Ducha. Bo ci, którzy żyją według ciała, myślą o tym, co cielesne; ci zaś, którzy żyją według Ducha, o tym, co duchowe.”

Jeszcze raz chcę przypomnieć wam, że to jest cud, że Duch Boży przyszedł do ciebie. Przyszedł do ciebie, żeby powiedzieć ci; dzieckiem Bożym jesteś, ale jeśli nie pójdziesz za Jego głosem, to Słowo Boże mówi; chociaż ludem moim jesteś, zginiesz jak bezbożny. Jeśli nie pozwolisz się prowadzić Duchowi Świętemu w uświęceniu, w oddzieleniu od zmysłowości tego świata, to zginiesz jak ten świat, pisze apostoł Paweł. Bo ci, którzy nie byli posłuszni woli Ojca, zginą jak ten świat. Zobacz, że jest dla ciebie nadzieja, Duch Święty nadal do ciebie mówi. W twoim sumieniu i w twoim wnętrzu odzywa się: „to nie tak, nie tak Bóg chce, żebym żył”. Bóg przygotował dla mnie życie nowe, to jest życie Chrystusa, Syna Bożego, życie inne niż w tym świecie. Nie chcę już żyć ja. Czy masz to w sobie? – to jest też z nieba. Nie chcę żyć już ja, nienawidzę siebie, niech żyje we mnie Chrystus. To jest to, co jest miłe Bogu. Powiem wam, że nikt tego nie może mieć sam z siebie, jeśli to masz – zawdzięczasz to niebu. Bo kogo Bóg miłuje, tego też karci i smaga, ale temu też daje Ducha swego, aby człowiek był upewniony, że należy do Boga i że jest przygotowywany na spotkanie z Panem. Niech to słowo napełnia również i nas, abyśmy nie byli pustymi mówcami, jak pisze apostoł Paweł. Oni mówią, ale nie wiedzą o czym mówią. Ale abyśmy byli ludźmi, którzy mówiąc, wiedzą jaką wartość ma dla nas Chrystus. Już nie chcemy żyć my, lecz niech żyje Pan. Nie chcemy już znać się według ciała, lecz tylko według Niego, Jezusa Chrystusa. Chcemy doświadczać między sobą Jego miłości, Jego troski o to, abyśmy wszyscy doszli do wieczności. Amen.


http://tylkochrystus.blog.pl/2013/10/11 ... a-czesc-1/
http://tylkochrystus.blog.pl/2013/10/12 ... a-czesc-2/
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 31 paź 2014, o 21:54

Koncepcja KRZYŻA Siergiej Nieczytajło
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 7 lis 2014, o 16:27

Zasada krzyża (Gal. 6, 14)

Zasadą krzyża jest usunięcie działania człowieka i osądzenie jego natury. Krzyż nie pojawił się, aby naturze ludzkiej przychodzić z pomocą, aby uzupełniać to, czego człowiek nie jest w stanie wykonać. Niestety wielu używa krzyża w taki właśnie sposób. Korzystają z krzyża jako z nowej łaty do starego sukna. To jednak nie wytrzymuje próby. Dlatego ludzie ci biegają po świecie bez przerwy w rozterce, udając się od jednego duszpasterza do drugiego. Starą szatę czyli starego człowieka należy zewlec i przekazać pod sąd krzyża. Krzyż na wszystkim, co pochodzi z natury ludzkiej, wypisuje wyrok przekleństwa i nam samym wyznacza miejsce przeklętych. Na wszystkim, co pochodzi z człowieka, krzyż stawia znak całkowitej rezygnacji. Kto przez działanie Ducha doprowadzony został do krzyża, ten podpisał tam wyrok śmierci nad swoją naturą, całkowicie zrezygnował z samego siebie i w ten sposób wyzwolił się spod tego przekleństwa. Nad wszystkim bowiem, co nie nosi znaku krzyża, wisi przekleństwo. Dlatego każdy, kto zachowuje swoje własne życie, zachowuje także owo wiszące nad nim przekleństwo. Jednak ten, komu poprzez Ducha odsłonięty został krzyż, zaprzestał powracać do samego siebie i poszukiwać czegoś dobrego w sobie, zaprzestał także zajmowania postawy rezygnacji w stosunku do innych.

Dopóki jednak nie nauczymy się tej lekcji przez Ducha, ciągle będziemy wracali do samych siebie i poszukiwali, czy czasem jednak nie ma w naszej istocie czegoś dobrego, co Bóg byłby zmuszony zaakceptować i nad czym nie byłoby potrzeby stawiania znaku krzyża. A ponieważ niczego takiego nie znajdujemy, popadamy w fałszywe przygnębienie, które staje się dla naszego nieprzyjaciela okazją wprowadzania nas w mroki. On wtedy mówi nam: "Poddaj się. Nie masz przecież nic dobrego, do czego Bóg mógłby nawiązać!" Ale Bóg nie chce wcale nawiązywać w nas do czegoś dobrego, co posiadamy z natury, natomiast poprzez krzyż usuwa to wszystko na bok, aby osobiście stworzyć w nas wszystko nowe. Krzyż doprowadza człowieka do bankructwa i przez to przygotowuje miejsce dla Boga. Krzyż doprowadził uczniów Jezusa do bankructwa, czego nie mogły osiągnąć żadne słowa ich Mistrza. Rozbił pozorną aureolę ich świętości, o której mniemali, że wysłużyli ją sobie w czasie trzyletniego naśladowania Jezusa, i pokazał im, co potrafi ludzka natura i czego jest warta. Przez to zostali przygotowani na przyjęcie Ducha Świętego, który przyniósł im inną naturę i inne życie. Nie możemy bowiem nigdy oddzielać od siebie krzyż i Ducha. Nie możemy przeżyć Wielkanocy ani Zielonych Świąt, jeśli wpierw nie przeżyliśmy Wielkiego Piątku. Tylko w krzyżu zostajemy przygotowani na Boże życie i na Bożą pełność; tylko współukrzyżowani stają się naczyniami Ducha Świętego. W krzyżu Chrystusa mamy środek dla osądzenia starego człowieka (Rzym. 6, 6), a w zmartwychwstaniu Chrystusa znajdują się korzenie dla narodzenia się nowego człowieka (1 Piotra 1, 3), które dokonuje się poprzez Ducha (Jan 3, 5-15) według zasady: "Kto utraci życie swoje, znajdzie je."

Musimy wejść w praktykę krzyża jako współukrzyżowani i uprzątnięci. Wtedy otwarte są drzwi do życia w łasce i zwycięstwie. Co przynależy do śmierci, musi zostać oddane śmierci, tak jak zwłoki zostają złożone w ziemi, ponieważ należą do ziemi.

Już w życiu Abrahama, a także w życiu wszystkich innych ludzi duchowych widzimy działanie tej zasady krzyża. Abraham musiał przypatrywać się obumieraniu swojego ciała i ciała Sary, dopóki od natury nie można się było już niczego spodziewać (Hebr. 11, 11). Jego natura była ciągle usuwana na bok począwszy od wyjścia z ojczyzny aż po ofiarowanie Izaaka. W Liście do Hebrajczyków 9, 14 czytamy, że Duch Święty jest Duchem wiecznym. On kieruje się bez przerwy tymi samymi sposobami postępowania. On przyprowadził Chrystusa, naszą Głowę do krzyża, a z Nim i nas, i ciągle na nowo tam nas przyprowadza. Jego zadanie w stosunku do wierzącego jest bowiem podwójne: Z jednej strony chodzi o doprowadzenie do śmierci tego, co należy uśmiercić (Rzym. 8, 13), z drugiej zaś strony o wykształtowanie darowanego nam życia z Boga (2 Kor. 3, 16).

Georg Steinberger


http://czytelnia.berea.edu.pl/autorzy/s ... rzyza.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez kesja » 8 lis 2014, o 13:44

Jak myslicie ,ile ;wierzących' jest świadomych znaczenia Krzyża -i swego ukrzyżowania ?
Wielu wie i powtarza - "weź krzyz i naśladuj Mnie"- ale czy wiedza po co maja brać krzyz i jakie jest zakończenie niesienia krzyża ?
Krzyz został pozbawiony swojego znaczenia jego cierpienia szorstkości a został przemieniony w błyskotke
w coś lekkiego,radosnego.
Avatar użytkownika
kesja
 
Posty: 280
Dołączył(a): 14 paź 2014, o 17:32

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 8 lis 2014, o 21:56

Najważniejsze by przyjść pod KRZYŻ i by nieść KRZYŻ na swych barkach do końca swojego życia. Trzeba przyjąć MOC KRZYŻA by móc toczyć zwycięski bój, by podążać za CHRYSTUSEM JEZUSEM KTÓRY jest DROGĄ i ŻYCIEM.
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez kesja » 9 lis 2014, o 14:32

Otóż wielu niesie krzyż i o tym mówia ,ale czy Jeszua tylko niósł i niósł ?
Krzyz niesiemy na swoje ukrzyżowanie,dlatego tak wyglada chrześcijaństwp bo sobie niosa potem odpoczna
ida pod krzyz ale nigdy siebie nie Ukrzyzowali
Avatar użytkownika
kesja
 
Posty: 280
Dołączył(a): 14 paź 2014, o 17:32

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 9 lis 2014, o 14:51

Mamy iść przybici do KRZYŻA.
To jest całe sedno.
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 19 lis 2014, o 16:28

A ci którzy należą do CHRYSTUSA, ukrzyżowali ciało swoje Aleksander Szewczenko
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 3 sty 2015, o 20:53

Przebudzenie, Krzyż i ciasna brama

"Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują" [Mat. 7:13-14]

"I powiedział do wszystkich: Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie" [Łuk. 9:23]

"A Izajasz woła nad Izraelem: choćby liczba synów Izraela była jak piasek morski, tylko resztka ocalona będzie" [Rzym. 9:27]

Nie ma chyba tygodnia, kiedy bym nie słyszał lub nie czytał o najnowszym "wspaniałym poruszeniu Bożym, które zdobędzie świat dla Jezusa i wprowadzi nas w Wielkie Przebudzenie mające nadejść przed Jego Powtórnym Przyjściem". Czasem jest to jakieś nowe przebudzenie, czasem najnowsza strategia rozwoju kościoła, a innym razem kolejny rzekomo "namaszczony" mąż Boży, który uczyni z chrześcijaństwa przodującą siłę w społeczeństwie. Czy to już czas - słychać pytania - na wielkie przebudzenie, które ogarnie cały świat i sprawi, że chrześcijaństwo stanie się dominującą religią i sposobem życia na całej planecie?



Biblia przepowiada fałszywą duchowość

Być może dla wielu ludzi będzie to szokujące, lecz Biblia przepowiada na czasy ostateczne coś wręcz przeciwnego: "Niechaj was nikt w żaden sposób nie zwodzi; bo [Dzień Pański] nie nastanie pierwej, zanim nie przyjdzie odstępstwo i nie objawi się człowiek niegodziwości, syn zatracenia" [II Tes. 2:3]. Wiele fragmentów Nowego Testamentu przewiduje wielkie zwiedzenie i fałszywą duchowość, która będzie się podszywać pod imię Jezusa, lecz nie będzie z Nim miała nic wspólnego. Zobaczmy, co On sam powiedział o czasach ostatecznych: "Gdyby wam wtedy kto powiedział: Oto tu jest Chrystus albo tam, nie wierzcie. Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby, o ile można, zwieść i wybranych" [Mat. 24:23-24]. Ponieważ "Chrystus" jest transliteracją greckiego christos, co oznacza "namaszczony", to stwierdzenie "oto tam jest namaszczony" znaczy tyle co "oto tam jest Chrystus" [1] Nie ma tutaj różnicy, ponieważ jedynym Namaszczonym jest Mesjasz [gr. Chrystus]. Tymczasem dzisiaj jest wielu ludzi okrzykniętych "namaszczonymi", którzy przedstawiają siebie samych jako wyrocznie Boże.

Biblia przepowiada "przebudzenie" oparte na fałszywej i zwodniczej duchowości, które nastąpi tuż przed powrotem Chrystusa. Przyjrzyjmy się następującym wersetom: "A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną trudne czasy (...) Podobnie jak Jannes i Jambres przeciwstawili się Mojżeszowi, tak samo ci przeciwstawiają się prawdzie, ludzie spaczonego umysłu, nie wytrzymujący próby wiary. (...) Tak jest, wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie, prześladowanie znosić będą. Ludzie zaś źli i oszuści coraz bardziej brnąć będą w zło, błądząc sami i drugich w błąd wprowadzając" [II Tym. 3:1,8,12-13]. Fragment ten zgadza się z proroctwem Jezusa, lecz trudno go dopasować do szumnych deklaracji współczesnych "przebudzeniowców". Słowo Boże zapowiada masowe zwiedzenie obfitujące w fałszywe znaki i cuda, które będzie charakterystyczne dla ostatnich dni przed powrotem Pana. Propagatorzy rzekomego Wielkiego Przebudzenia na skalę światową (które, ich zdaniem, spowoduje masowe nawrócenia na chrześcijaństwo tuż przed Powtórnym Przyjściem Jezusa) nie mają żadnych podstaw biblijnych dla swych twierdzeń. Dave Hunt zauważa: "Fałszywi prorocy, o których mówi Chrystus, będą czynić znaki i cuda dla poparcia swych zwodniczych nauk i zapewniać, że nadchodzi przebudzenie, a nie odstępstwo." [2]

U podstaw dwóch przeciwstawnych nauczań o czasach ostatecznych leży odmienne pojmowanie natury Kościoła. "Przebudzeniowcy" chcą widzieć Kościół jako masy wyznawców chrześcijaństwa, których wiara ma zostać przebudzona i ożywiona w wyniku niezwykłych wydarzeń towarzyszących przebudzeniu. A przecież Jezus powiedział, że wielu będzie zapewniać, iż prorokowali i dokonywali cudów w Jego imieniu, choć On nigdy ich nie znał [Mat. 7:22-23]. Masowa popularność samego Jezusa osłabła, kiedy zaczął nauczać o krzyżu, a skończyła się w momencie Jego ukrzyżowania [zob. Jan 6, szczególnie werset 66]. Istniały rzesze ludzi zachwyconych cudami, ale zgorszonych krzyżem. Uwielbiali znaki i cuda, lecz odrzucili jedyny środek ich własnego zbawienia, czyli Krzyż Jezusa Chrystusa [zob. I Kor. 1:22-24].

Odmienne pojmowanie Kościoła posiadają ci, którzy są wywołani przez Boga i akceptują "skandal" [I Kor. 1:23 przetłumaczony jako "zgorszenie"] Krzyża. To są ci, którzy wchodzą przez ciasną bramę i idą wąską drogą, bez względu na to, ile osób im towarzyszy. Jezus zapytał w pewnym momencie: "Tylko, czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?" [Łuk. 18:8]. Nie wygląda na to, żeby większość ludności na świecie miała się nawrócić przed powrotem Jezusa. Kościół składa się z "wywołanych" [literalny przekład określenia "Kościół" to "społeczność wywołanych"]. Stanowi resztkę, która przyjęła zbawienie jako łaskawy dar od Boga poprzez Jezusa i Jego krzyż.



Jezus gasi "przebudzenie"

To prawda, że znaki przyciągają rzesze ludzi. "A szło za nim mnóstwo ludu, bo widzieli cuda, które czynił na chorych" [Jan 6:2]. Nieprawdą jest natomiast, że te same masy zostały prawdziwymi uczniami Jezusa Chrystusa. W Ew. Jana 6:5-13 czytamy, że Jezus nakarmił pięć tysięcy ludzi. Rezultatem tego cudu była powierzchowna "wiara" świadków poprzednich cudów i najnowszego, polegającego na rozmnożeniu chleba - "Wtedy ludzie ujrzawszy cud, jaki uczynił, rzekli: Ten naprawdę jest prorokiem, który miał przyjść na świat" [Jan 6:14]. Prawidłowo rozpoznali Jezusa jako Tego, o którym prorokował Mojżesz [V Mojż. 18:15]. Jak dotąd, wszystko w porządku.

Jednakże ten wielki tłum "wierzących" miał poważny problem: chcieli króla bez krzyża. "Jezus zaś poznawszy, że zamierzają podejść, porwać go i obwołać królem, uszedł znowu na górę sam jeden" [Jan 6:15]. Jezus ich zostawił, a przynajmniej próbował. Po kilku późniejszych wydarzeniach, włączając w to cud chodzenia po wodzie [Jan 6:19] tłumy odnalazły Go na drugim brzegu jeziora [Jan 6:24-25]. Następnie miała miejsce zdumiewająca rozmowa pomiędzy Jezusem a ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno rozpoznali w Nim zapowiadanego Proroka i chcieli obwołać królem. Pan zgromił ich za złe motywacje [werset 26] mówiąc, żeby zabiegali o "pokarm żywota wiecznego" [werset 27], a potem wyjaśnił naturę dzieła, które miał na myśli: "To jest dzieło Boże: wierzyć w tego, którego On posłał" [Jan 6:29].

W tym miejscu warto podkreślić, że wiara w Chrystusa to coś więcej niż intelektualne uznanie Jego istnienia. Tamci ludzie już wcześniej uznali, że On jest Prorokiem obiecanym przez Boga. Wiara w sensie biblijnym oznacza położenie całkowitej ufności w Bogu i osobistą relację z Nim. Z tym wiąże się przyjęcie Jego Słowa i pozostawanie w nim [zob. Jan 8:31-32]. Okazuje się jednak, że ówcześni poszukiwacze przebudzenia nie mieli na to ochoty. Po tym, jak doświadczyli wielkich cudów uzdrowienia i zobaczyli rozmnożenie chleba przez Jezusa, ich pożądanie znaków wcale nie zostało jeszcze zaspokojone. Chcieli więcej: "Rzekli tedy do niego: Jaki więc znak czynisz, abyśmy widzieli i uwierzyli tobie? Jakie dzieło wykonujesz? [Jan 6:30]. Wciąż myśleli o chlebie i podkreślali, że Mojżesz dał im mannę [werset 31]. W odpowiedzi na to Jezus stwierdził, że to On jest prawdziwym chlebem, który zstąpił z nieba: "Odpowiedział im Jezus: Ja jestem chlebem żywota; kto do mnie przychodzi, nigdy łaknąć nie będzie, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie" [Jan 6:35].

Jak na ironię, powyższe twierdzenie Jezusa, że On jest prawidłowym obiektem wiary, nadziei i pragnień człowieka, stało się przyczyną rozproszenia tłumu. Powiedział, że Jego ciało i krew są "pokarmem" niezbędnym do uczestniczenia w życiu wiecznym i zmartwychwstaniu w dniu ostatecznym [cała rozmowa jest cytowana w wersetach 35-65], co natychmiast zgasiło "przebudzenie". Te same tłumy ludzi, które były zafascynowane znakami i cudami, nagle stopniały do nielicznej resztki gotowej przyjąć "skandaliczne" nauczanie Jezusa [określone przez większość jako "twarda mowa"]. Krzyż zawsze był zgorszeniem [skandalem] dla ludzi poszukujących znaków. "Od tej chwili wielu uczniów jego zawróciło i już z nim nie chodziło. Wtedy Jezus rzekł do dwunastu: Czy i wy chcecie odejść? Odpowiedział mu Szymon Piotr: Panie! Do kogo pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego [Jan 6:66-68].

Wcześniej w Ewangelii Jana znajdujemy następujący komentarz Jezusa na temat "poszukiwaczy znaków": "Wtedy Jezus rzekł do niego: Jeśli nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie" [Jan 4:48]. Jego zdaniem, nie była to dobra postawa [I Kor. 1:22-23]. A jednak, czy dzisiaj jest inaczej? Czy wszyscy ci, którzy wynajmują całe samoloty, by "pielgrzymować" do miejsc ostatniego "poruszenia Bożego" i ujrzeć kolejne znaki, byliby gotowi przyjąć "skandaliczne" przesłanie o Krzyżu i służyć Jezusowi na Jego warunkach? Być może niektórzy tak, lecz większość z pewnością nie.



Przebudzenie w Azji Mniejszej podczas służby apostoła Pawła

Nawet ci, którzy poszukiwali znaków i cudów podczas usługi apostoła Pawła opisanej w Dziejach Apostolskich, nie stali się w większości wytrwałymi uczniami Chrystusa. Na przykład, "I działo się to przez dwa lata, tak że wszyscy mieszkańcy Azji, Żydzi i Grecy, mogli usłyszeć Słowo Pańskie. Niezwykłe też cuda czynił Bóg przez ręce Pawła, tak iż nawet chustki lub przepaski, które dotknęły skóry jego, zanoszono do chorych i ustępowały od nich choroby, a złe duchy wychodziły" [Dz.Ap. 19:10-12]. To było coś wspaniałego. Wiele osób pokutowało, a nawet pozbywało się ksiąg okultystycznych [Dz.Ap. 19:18-19]. Było to przebudzenie, które wstrząsnęło rynkiem sprzedaży dewocjonaliów Efezie, gdyż potencjalni klienci odwracali się od bałwochwalstwa [Dz.Ap. 19:27]. Wiemy, że nauczanie Pawłowe było biblijne, zatem owo przebudzenie daleko przewyższało dzisiejsze "poruszenia Boże" charakteryzujące się wyjątkową płycizną kaznodziejską. A jednak nawet w tej sytuacji, gdy miała miejsce apostolska, biblijna i pełna Ducha Świętego posługa, nie nawróciło się całe miasto! Tłumy przyciągane przez przebudzenia najczęściej nie stają się prawdziwym ludem Bożym.

Mieszkańcy Azji, którzy usłyszeli Słowo Boże, byli świadkami znaków i cudów, a także pokutowali z bałwochwalstwa, w większości odwrócili się od Pawła i jego przesłania. Jak pisał sam apostoł do Tymoteusza kilka lat później, "Wiesz o tym, że odwrócili się ode mnie wszyscy, którzy są w Azji, a wśród nich Fygelos i Hermogenes" [II Tym. 1:15]. A przecież Azja była miejscem niedawnego "przebudzenia"! Cóż za smutne świadectwo o tych, którzy jeszcze niedawno tłumnie słuchali Pawła, oglądając czynione przezeń znaki i cuda! Sam apostoł przepowiedział to ostrzegając starszych w Efezie pod koniec swego pobytu w tym mieście. "Ja wiem, że po odejściu moim wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając trzody, nawet spomiędzy was samych powstaną mężowie, mówiący rzeczy przewrotne, aby uczniów pociągnąć za sobą" [Dz.Ap. 20:29-30]. I tak się stało. Została niewielka trzódka pragnąca wypełniać "całą wolę Bożą" [Dz.Ap. 20:27].

Znaki, które Bóg czynił przez ręce Pawła, były prawdziwe i potwierdzały przesłanie głoszone przez apostoła. Głosił on Chrystusa i zmartwychwstanie. Jednakże czasy ostateczne będą się charakteryzowały fałszywymi znakami. Nie oznacza to, że te znaki nie będą rzeczywiste, lecz że będą dokonywane w kontekście fałszywych nauk głoszonych przez fałszywych posłańców [apostołów]. Skoro prawdziwe znaki czynione w pierwszym wieku nie przyczyniły się do prawdziwego nawrócenia i uczniostwa wielkich rzesz ludzi, to czy fałszywe znaki w czasach ostatecznych mogą do tego doprowadzić? Z pewnością nie.

Widzieliśmy, że zarówno w przypadku służby Jezusa przed ukrzyżowaniem, jak i Pawłowej po Pięćdziesiątnicy znaki i cuda prowadziły do podobnych rezultatów. Całe rzesze początkowo reagowały entuzjastycznie, lecz stanąwszy w obliczu prawdziwej natury krzyża i powołania do uczniostwa ludzie ci odwracali się i nie mieli już więcej nic wspólnego z prawdziwą wiarą w Boga. Na przestrzeni całej historii Kościoła kolejne przypływy i odpływy jego członków nie zmieniły faktu, że jedynie niewielu "wywołanych" przez Boga wchodzi przez ciasną bramę i podąża wąską drogą. Krzyż zawsze był i jest skandalem, a prawdziwy lud Boży pozostaje resztką. W tym kontekście można zrozumieć przepowiednie Jezusa i Pawła, że w czasach ostatecznych nastąpi wielkie odstępstwo [apostazja], a nie wielkie przebudzenie. Tak naprawdę wiele tak zwanych "przebudzeń" jest właściwie odstępstwem przebranym w religijne szatki. Czyż sam Paweł nie powiedział, że spośród nas samych powstaną wilki drapieżne?



Gdy wiara w Boga jest popularna

Bywają okresy w historii, kiedy wiara w Boga jest popularna, a Jego prawa akceptowane i częściowo przestrzegane przez masy. Zdarzało się tak w Izraelu. Jednak za każdym razem prędzej czy później sytuacja się zmienia i prześladowanie, źli przywódcy, albo jakaś inna katastrofa powodują masowe odejścia od wiary, po czym wracają złe czasy. Cała historia królów w Starym Testamencie przebiega według tego wzorca. W niektórych momentach dziejowych tłumy ludzi przyznają się do Boga i Jego praw, wyznając powierzchowną wiarę w Jego istnienie. Niektórzy nazywają to "przebudzeniem". Proponuję inne wyjaśnienie zjawiska. Otóż, prawdziwi ludzie wiary ą zawsze mniejszością w porównaniu do tłumów, czy to w starożytnym Izraelu (jak zauważył Paweł w Rzym. 9:27), czy w wielu współczesnych krajach. Gdy wiara w Boga jest łatwa, popularna i popierana przez lokalne władze, wielu się do niej przyznaje - nawet, jeśli nie są odrodzeni z Ducha. Prześladowania i uciski dowodzą najczęściej, że ludzie ci tak naprawdę pokładają ufność w człowieku, a nie w Bogu, więc większość z nich odpada. [3]

Tak się działo podczas prześladowań Kościoła w II i III wieku. Chrześcijanom kazano wtedy przeklinać Chrystusa, palić kadzidła pogańskim bóstwom i dokonywać obrzędów religijnych przed obrazem cesarza pod groźbą kary śmierci [4]. Rzymianie byli przekonani, że prawdziwi chrześcijanie nie będą robić takich rzeczy, i mieli rację. Nie chcieli zabijać tych, którzy po prostu chodzili na chrześcijańskie nabożeństwa, obracali się w chrześcijańskim towarzystwie, lub udawali chrześcijan, nie będąc nimi naprawdę. Wielu prawdziwie oddanych swemu Panu Jezusowi Chrystusowi odmówiło przeklinania Go. W tamtych czasach liczba chrześcijan była dużo mniejsza niż później, gdy Konstantyn Wielki uczynił z chrześcijaństwa religię państwową imperium rzymskiego. Jednak prawdziwi chrześcijanie w okresie prześladowań najczęściej byli gotowi zapłacić życiem za publiczne przyznanie się do Jezusa.

Wspaniały przykład takiej wierności i odwagi stanowi męczeństwo Polikarpa ze Smyrny. Starzec ów, który za młodu był uczniem apostoła Jana, został aresztowany i doprowadzony przed oblicze rzymskiego sądu. Oto część świadectwa o nim: "Prokonsul zaś dalej nalegał: 'Złóż przysięgę [na bóstwo cezara], a będziesz wolny. Złorzecz Chrystusowi'. Polikarp zaś odpowiedział: 'Osiemdziesiąt i sześć lat jestem jego niewolnikiem, a żadnej krzywdy mi nie wyrządził. Jakżeż tedy mógłbym bluźnić Królowi mojemu, który mnie zbawił?'" [5]

Cóż jednak mamy sądzić o wydarzeniach, które miały miejsce prawie dwieście lat później, gdy cesarz Konstantyn Wielki "schrystianizował" Rzym? Tłumy ludzi napływały do kościołów. Czyżby większość obywateli rzymskich nagle została "chrześcijanami"? Bóg zna serca ludzkie, lecz byłoby niebezpiecznie zakładać, że jeśli prestiż społeczny, popularność, powodzenie materialne i inne przywileje towarzyszą czyjejś "wierze", to jest ona autentyczna. Za czasów Konstantyna wielu chrześcijan, którzy przetrwali wcześniejsze prześladowania, uciekło na pustynię, by uniknąć skażenia w Kościele popularyzowanym przez władzę. [6] Jeden z historyków Kościoła pisze: "Wąska brama, o której mówił Jezus, stała się tak szeroka, że niezliczone rzesze cisnęły się do niej w poszukiwaniu przywilejów i pozycji społecznej, nie przejmując się specjalnie znaczeniem chrztu ani nakazem życia w cieniu Krzyża." [7]

Gdy do kościoła napływają tłumy, należałoby się zastanowić, czy zgorszenie krzyża jest przez tych ludzi prawidłowo rozumiane. "I powiedział do wszystkich: Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie" [Łuk. 9:23]. Nie twierdzę, że nikt tego nie czyni, tylko że "zasada resztki" pozostaje dziś nadal w mocy. W prawdziwym naśladowaniu Chrystusa jest coś więcej niż płynięcie z prądem popularnych trendów religijnych, nawet jeśli noszą one "chrześcijański" szyld. Bez względu na to, jak szeroka wydaje się brama, w rzeczywistości pozostaje ona tak samo ciasna jak wtedy, gdy mówił o niej Jezus. Niewielu przez nią wchodzi i do końca idzie wąską drogą.



Ostateczny sukces Ewangelii

Często zadaje się pytanie, w jaki sposób Boże plany mają zostać wykonane, skoro tak niewiele osób wchodzi przez ciasną bramę. Proponenci "wielkiego przebudzenia w czasach ostatecznych" nazywają takie poglądy, jakie przedstawiłem, "eschatologicznym pesymizmem". Innymi słowy, jeśli nie nastąpią masowe nawrócenia na chrześcijaństwo w skali globalnej, będzie to oznaczać, że albo Boży plan odkupienia ludzkości spalił na panewce, albo my nie wykonaliśmy go prawidłowo.

Możemy jednak być spokojni - Biblia nigdy nie przedstawia spraw w taki sposób. Boży plan nie "zawiódł" z tego powodu, że tylko dwie osoby spośród wszystkich wyzwolonych z Egiptu weszły do ziemi obiecanej. Boży plan nie "zawiódł" z tego powodu, że tylko Noe i jego rodzina przeżyli potop. Resztka, przez którą działa Bóg to ci, którzy otrzymali obietnice i położyli całkowitą ufność w Nim. Przypomnijmy fragment cytowany przez Pawła na poparcie tego poglądu: "A Izajasz woła nad Izraelem: Choćby liczba synów Izraela była jak piasek morski, tylko resztka ocalona będzie" [Rzym. 9:27]. Chodzi o to, że Bóg obiecał wprawdzie Abrahamowi bardzo liczne potomstwo, lecz nie wynika z tego, że wszyscy oni będą zbawieni (Paweł pisze o tym w Rzym. 9:6-8). Na przykład, gdyby każdy potomek Abrahama według ciała miał być zbawiony, musiałoby to dotyczyć również Saula, Absaloma i każdego złego króla albo bałwochwalcy, jaki kiedykolwiek żył w Izraelu.

Jezus nauczał, że "ponieważ [w czasach ostatecznych] bezprawie się rozmnoży, przeto miłość wielu oziębnie. A kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. I będzie głoszona ta ewangelia o Królestwie po całej ziemi na świadectwo wszystkim narodom, i wtedy nadejdzie koniec" [Mat. 24:12-14]. Słowa te są spójne z Jego nauczaniem o wąskiej bramie i nie sądzę, żeby należało je określać mianem "pesymistycznych". Bóg ma plan wywołania wybranych poprzez zwiastowanie ewangelii wszystkim narodom świata. Ani wszyscy, ani nawet większość ludzi nie musi być zbawiona, żeby Boże obietnice się wypełniły - podobnie jak wszyscy Żydzi na przestrzeni historii Izraela nie muszą zostać zbawieni, by wypełniły się obietnice złożone Abrahamowi. Jezus powiedział, że głoszenie ewangelii będzie czynione "na świadectwo wszystkim narodom". Oznacza to, że ludzie ci zostaną skonfrontowani z przesłaniem o Krzyżu Chrystusowym jako jedynej drodze do zbawienia. Przesłanie to wcale nie musi zostać powszechnie przyjęte, żeby pozostawało w mocy. W rzeczywistości niektórzy (lub nawet większość) mogą je odrzucić. Mimo to, ewangelia nie może "nie spełnić swej misji".

Nasza odpowiedzialność polega na wypełnianiu Wielkiego Nakazu Misyjnego: "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" [Mat. 28:19-20]. Podstawowy nakaz w powyższym fragmencie brzmi: "czyńcie uczniami!". Robert D. Culver podkreśla, że nakazy chrzczenia i nauczania wypływają ze związku z podstawowym poleceniem czynienia uczniów. [8] Żadne z powyższych poleceń nie wymaga od wierzących "przebudzeniowej mentalności", która jest dzisiaj tak agresywnie promowana. W niektórych przypadkach zawartość przebudzeniowego przesłania jest tak skażona, że trudno stwierdzić, czy jest to nauczanie "wszystkiego, co nakazał Jezus".



Wnioski

Chrystus ostrzegał, że czasy ostateczne będą się charakteryzować wzmożoną działalnością fałszywych proroków, dokonujących fałszywych znaków i cudów. Apostoł Paweł przepowiedział wielkie odstępstwo w Kościele. Mimo to, Bóg potwierdzał swoje Słowo znakami i cudami w przeszłości, a jeśli zechce, może czynić to i dzisiaj. Jak zatem rozróżnić, co jest prawdą, a co fałszem? Prawdę można rozpoznać po następujących wyróżnikach: całe nauczanie musi być biblijne i jasno definiować wyjątkowość Osoby Chrystusa. Dotyczy to Krzyża, historycznych faktów śmierci i zmartwychwstania Jezusa, Jego odkupieńczej ofiary złożonej za każdego człowieka oraz faktu, iż zbawcza wiara w Syna Bożego prowadzi do odrodzenia z Ducha Świętego i zawiera w sobie zgodę na przemianę życia wypływającą z mocy Krzyża. Jeśli taki rodzaj zwiastowania i nauczania jest konsekwentnie praktykowany, możemy być pewni, że Bóg wykorzysta je do wywoływania swoich wybranych spośród upadłej ludzkości i wprowadzania ich w prawdziwą relację z Nim. Taka jest natura ciasnej bramy i wąskiej drogi.

Jeśli jednak rzekome przebudzenie charakteryzuje się manipulacją emocjonalną, cielesnym entuzjazmem, naciskiem na znaki i cuda, wielkimi tłumami zwolenników, świadectwami o zmianie zachowania lub innymi cechami masowego poruszenia religijnego, nawet najbardziej godnymi pochwały, to przy jednoczesnym braku przesłania o Krzyżu przebudzenie takie nie ma żadnej wartości. Gdy Jezus czynił znaki i cuda, gromadziły się wokół Niego wielkie tłumy gotowe pójść za Nim - do chwili, gdy zaczął mówić o Krzyżu. Tania popularność była dla Niego pokusą ze strony szatana, dlatego w pewnym momencie zgromił Piotra: "Idź precz ode mnie, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boskie, tylko o tym, co ludzkie" [Mar. 8:33]. Dlaczego? Piotr upomniał Jezusa, gdy On zaczął pouczać uczniów o tym, że "musi wiele cierpieć, musi być odrzucony przez starszych, arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie i musi być zabity, a po trzech dniach zmartwychwstać" [Mar. 8:31].

Krzyż jest tym, co zawęża wielką grupę do wiernej resztki. Stąd bierze się diabelska pokusa, by głosić niepełną ewangelię pozbawioną niektórych elementów, które zainteresowani i tak prędzej czy później odkryją. Szatan do końca próbował nakłonić Jezusa, by uniknął krzyża - nawet wtedy, gdy nasz Pan umierał przybity do drzewa, tłum krzyczał: "Jeżeli ty jesteś królem żydowskim, ratuj samego siebie!" [Łuk. 23:37]. Chcieli mieć króla bez krzyża.

Jezus nie tylko twierdził, że On sam musi cierpieć na krzyżu za grzechy świata, lecz mówił do tych, którzy chcieli Go naśladować o implikacjach Jego śmierci w ich życiu: "A przywoławszy lud wraz z uczniami swoimi, rzekł im: Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój i naśladuje mnie" [Mar. 8:34]. Czyż powinno nas dziwić, że w dzisiejszych czasach "przebudzenie" oznacza zabawę, śmiech, miłość własną, powodzenie materialne, popularność i wiele imponujących, nadętych obwieszczeń przyciągających masy? Nieobecność Krzyża jest po prostu zwiedzeniem czasów ostatecznych.



Autorem artykułu jest Bob DeWaay, pastor kościoła Twin City Fellowship w Minneapolis, stan Montana (USA).

Tłumaczył Krzysztof Dubis za osobistym pozwoleniem autora [styczeń 2003].

Inne artykuły Boba można znaleźć pod adresem www.twincityfellowship.org

Przypisy:

1. Zob. Artykuł tego samego autora pt. "The Anoining and the Christian" ["Chrześcijanin i namaszczenie". www.twincityfellowship.org
2. Dave Hunt, The Berean Call, październik 1997. Kontakt: www.thebereancall.org
3. Widać to wyraźnie w przypowieści o siewcy, Łuk. 8:4-15.
4. Everett Ferguson, Backgrounds of Early Christianity, 1st edition, (Eerdmans: Grand Rapids, 1987) 483.
5. Męczeństwo św. Polikarpa - Historia Kościelna Euzebiusza z Cezarei Ks. IV, 15:20-21, tłum. ks. Arkadiusz Lisiecki, Poznań 1924
6. Justo L. Gonzales, The Story of Christianity. (New York: HarperCollins, 1984) 136-137.
7. Ibid., 136.
8. Robert D. Culver, "What is the Church Commission?" Bibliotheca Sacra, #125 (lipiec 1968)


http://ulicaprosta.lap.pl/new/artykuly/ ... asna-brama
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 18 kwi 2015, o 13:24

Krzyż [Szkoła CHRYSTUSA cz. 6]
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 25 kwi 2015, o 20:16

Krzyż jako Boża matryca

Tematem, jaki chcę omówić w tym poselstwie, jest "Kształtująca moc krzyża", a rozpocznę od Filipian 3: 10, gdzie w ostatniej części tego wersetu w przekładzie Conybeare'a czytamy: "Mając udział w podobieństwie Jego śmierci". Nasz Pan Jezus Chrystus ma tylko jedną formę na wytwarzanie chrześcijańskiego charakteru, a jest nią krzyż. Ani ty, ani ja, nie możemy osiągnąć naszego celu inaczej, jak tylko w sposób, w jaki On osiągnął swój cel, a krzyż jest tą matrycą, przez którą przepuszcza każdego, kto tutaj ma Go reprezentować, a potem z Nim królować.

Krzyż bowiem jest jedynym miejscem, gdzie pozbywamy się martwych rzeczy, które przeszkadzają nam i przeszkadzają Jemu, a także miejscem, na którym wstępujemy w głębokie i coraz głębsze podobieństwo do Niego, gdzie uczestniczymy w podobieństwie Jego śmierci, a On wyciska swój obraz na naszym charakterze.

Kiedy używam tego wyrazu matryca, niech nie jest to rozumiane błędnie. Nie mam na myśli, że wszyscy stajemy się kopiami jedni drugich. Matryca krzyża tym właśnie różni się od wszystkich innych ziemskich matryc, że aczkolwiek jest to jedyna matryca, jakiej On używa, nie posiada ona stereotypowego kształtu. Nasz Pan nigdy nie wykracza przeciwko prawu osobowości. Jak nie znajdziecie dwóch dokładnie jednakowych członków rodziny ani dwóch dokładnie takich samych listków w kępce trawy, tak w nowym stworzeniu krzyż nie tworzy monotonii charakterów duchowych, gdyż to uczyniłoby świat miejscem, gdzie życie byłoby nieznośne, lecz różnorodność istot, z których każda nosi własne cechy indywidualności, a wszystkie razem ujawniają tę zdumiewającą różnorodność boskiego umysłu i boskiego ducha.

Sposób działania tej matrycy krzyża jest następujący: Bóg wziął stare stworzenie i potępił je w Chrystusie, teraz zaś zajęty jest nowym stworzeniem. Nie ma w planie Bożym miejsca na poprawę, ulepszanie starego stworzenia. On nie dokonuje jakiegoś rodzaju przeformowania starego człowieka, aby otrzymać jakiegoś rodzaju podobieństwo do Chrystusa w chrześcijańskim charakterze i postępowaniu. Jest tylko jedno miejsce dla starego stworzenia, a jest nim krzyż. Nie wystarczy nam jednak powiedzieć, że ono zostało tam ukrzyżowane z Chrystusem. Ukrzyżowanie było przewlekłą śmiercią i podczas gdy stoimy raz na zawsze na tym Bożym fakcie, który jest wieczny i niezmienny, że kiedy nasz Pan Jezus Chrystus poszedł na krzyż, to poniósł z sobą coś więcej, niż nasze grzechy; zabrał z sobą naszego starego człowieka i rozprawił się z źródłem wszelkiego naszego grzechu, a rozprawił się z nim zadowalająco; kiedy więc stoimy na tym fakcie, zachodzi potrzeba codziennego wcielania w życie tego zwycięstwa, które Chrystus wywalczył dla nas; zachodzi potrzeba codziennego umierania dla tego starego "ja". Duch Święty wprawić musi w nas śmierć Pana Jezusa Chrystusa z jej wszelką cudowną mocą i przeznaczeniem.

W 1 Koryntian 15: 31 apostoł mówi: "Tak ja codziennie umieram, bracia, jak jest prawdą, że wy jesteście chlubą naszą, którą mam w Chrystusie Jezusie, Panu naszym"; zaś w 2 Koryntian 4: 11: "Zawsze bowiem my, którzy żyjemy, dla Jezusa na śmierć wydawani bywamy, aby i życie Jezusa na śmiertelnym ciele naszym się ujawniło." Zachodzi potrzeba codziennego umierania, codziennego urzeczywistniania w naszym własnym życiu zwycięstwa, zdobytego dla nas na Golgocie.

Spacerowałem z przyjacielem po działce wokół jego domu i zwróciłem uwagę na bardzo osobliwe drzewo o nazwie szczodrzeniec. Jest bardzo piękne, ma długie, zwisające gałązki, pokryte żółtymi kwiatami. W Niemczech nazywają je złotym promieniem i takie rzeczywiście jest, przypomina pęki złotych promieni. Przyciągnęło moją uwagę dlatego, że na niektórych jego gałązkach zobaczyłem kwiatki różowe. Dowiedziałem się, że poprzedni właściciel był miłośnikiem pielęgnacji drzew i zaszczepił to drzewo różową odmianą szczodrzeńca. Dlatego tu i tam po całym tym drzewie widać było kolor różowy pomiędzy żółtym. Ale kiedy przyjrzałem się dokładniej, zauważyłem, że na niektórych gałązkach, kwitnących różowo, znowu zaczyna pojawiać się kolor żółty. Dowiedziałem się, że od pewnego czasu drzewo to jest zaniedbywane, nie jest przycinane ani czyszczone i dlatego jego stara natura zaczyna na nowo być widoczna. Stary kolor żółty zaczynał wypierać kolor różowy i z powrotem zajmować te gałązki, które były przeszczepione.

Uważajcie to za ilustrację tego faktu, że Duch Święty musi bez przerwy pracować nad naszym życiem, stosując krzyż, ponieważ stare przyzwyczajenia, stare skłonności, stary człowiek ciągle odzyskuje lub usiłuje odzyskiwać swoje zwierzchnictwo i jedynym sposobem na to, aby nowe stworzenie utrzymało swoje panowanie i prowadziło nasze życie do zwycięstwa, jest pozwolenie Duchowi Świętemu, by dzień po dniu urzeczywistniał w nas cel krzyża, tak abyśmy w obliczu każdego przejawu starego życia uczyli się umierać codziennie, przekazywać samych siebie Duchowi Świętemu, aby działanie krzyża wkuwane było w nas.

Dlatego List do Rzymian 6: 3 ("Czyż nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni?") wskazuje na konieczność wchodzenia w coraz głębsze zjednoczenie z Panem Jezusem Chrystusem, jeśli te stare rzeczy mają być ukrócone i trzymane w ryzach. Skoro tak, to zaczynamy rozumieć, co ma apostoł na myśli, kiedy mówi tutaj, iż dzielimy "podobieństwo Jego śmierci".

W miarę jak Duch Święty używa mocy krzyża w pracy nad każdym członkiem Ciała Chrystusa, prawdziwe życie Chrystusa zostaje udzielone Ciału i każdemu jego członkowi. Jest to dokładnie to samo życie, które w tym momencie w niebie wypełnia serce i naturę Chrystusa, a to właśnie życie tworzy atmosferę przebudzenia, to właśnie życie przekonuje grzeszników. Tego właśnie używa Duch Święty, aby stworzyć warunki, w których może nastąpić przebudzenie. Dzieje się to wtedy, gdy życie Głowy zostaje udzielone członkom Ciała i manifestuje się przez te członki w codziennym życiu i codziennym postępowaniu.

Istnieje więc współmęczeństwo z Chrystusem, do którego ty i ja musimy wstąpić, jeśli mamy doświadczyć pełnej mocy krzyża, kształtującej nas w podobieństwo Jego charakteru. Przy nawróceniu Saula współmęczeństwo to zostało mu objawione. W Dziejach 9: 15, 16 czytamy: "Lecz Pan rzekł do niego [Ananiasza]: Idź, albowiem mąż ten jest moim narzędziem wybranym, aby zaniósł imię moje przed pogan i królów, i synów Izraela; Ja sam bowiem pokażę mu, ile musi wycierpieć dla imienia mego."

To zostało mu objawione przy nawróceniu i to stało się wielkim celem jego życia. On zaakceptował to, jako takie (Kolosan 1: 23, 24):

"Której ja, Paweł, zostałem sługą. Teraz raduję się z cierpień, które za was znoszę i dopełniam na ciele moim niedostatku udręk Chrystusowych za ciało jego, którym jest kościół." Zauważcie, że Paweł radował się z tego współcierpienia. On nigdy nie cofał się przed krzyżem; nigdy nie uchylał się przed skutkami złośliwości; nigdy nie wzbraniał się stawić czoła pełnemu wyzwaniu krzyża.

Czytajcie 2 Koryntian 12: 9: "Lecz powiedział do mnie: Dosyć masz, gdy masz łaskę moją, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości. Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa." Skoro więc ten wielki apostoł uznał znaczenie tej matrycy i sam poddawał się działaniu krzyża, ogłosił tym samym, że jest ona wielką koniecznością dla rozwoju charakteru chrześcijańskiego i budowania Ciała Chrystusa, dla osiągnięcia Bożych celów na ziemi i zapewnienia życia w zwycięstwie.

W Liście do Filipian 1: 29, 30 Paweł wskazuje na to, że to współmęczeństwo członków Ciała z Chrystusem jest istotną cechą ich społeczności z Nim: "Gdyż wam dla Chrystusa zostało darowane to, że możecie nie tylko w niego wierzyć, ale i dla niego cierpieć, staczając ten sam bój, w którym mnie widzieliście i o którym teraz słyszycie, że go staczam." W tekście tym Duch Święty poprzez Pawła bardzo jasno przedstawia związek między tym współcierpieniem, a błogosławieństwem. W 2 Koryntian 1: 5-7 dowiadujemy się: "Bo jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha. Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia; jeśli zaś pocieszenie, jest to ku waszemu pocieszeniu, którego doświadczacie, gdy w cierpliwości znosicie te same cierpienia, które i my znosimy; A nadzieja nasza co do was jest mocna, gdyż wiemy, iż jako w cierpieniach udział macie, tak i w pociesze."

Uczestniczenie z Chrystusem w cierpieniach krzyża jest drogą do partnerstwa z Chrystusem we wszystkim, co On ma i chce nam dać. Pozwólcie zatem, że przedstawię tę matrycę krzyża jako coś bardzo praktycznego. Za każdym razem, kiedy umieramy dla grzechu, za każdym razem, kiedy umieramy dla pokusy popadnięcia w złość lub dla grzechu słów wypowiedzianych w irytacji lub dla skłonności do martwienia się albo dla nikczemności, przebiegłości, niesprawiedliwości lub zepsucia starej natury, za każdym razem, kiedy umieramy dla ducha odwetu lub dla pragnienia postawienia na swoim czy dla tego, co wydaje nam się być jak najbardziej uzasadnioną samoobroną, za każdym razem, kiedy wstępujemy w ślady Pana Jezusa Chrystusa i pozwalamy, by to, co jest wymierzone przeciwko nam, wprowadziło nas głębiej w społeczność śmierci z Nim; za każdym razem, kiedy wstępujemy dobrowolnie w to współcierpienie z Chrystusem i pozwalamy, by to, co spowodowało w naszym życiu upadek, uczyniło nam bardziej rzeczywistą konieczność i znaczenie Jego śmierci; za każdym razem, kiedy postępujemy w ten sposób, wkładamy samych siebie w tę matrycę krzyża i dajemy Duchowi Świętemu okazję wyciśnięcia na naszym charakterze obrazu i charakteru Pana Jezusa Chrystusa. A właśnie to jest w stanie dotrzeć do sumienia i serca świata. Chrześcijanin, który w dzisiejszym czasie wychodzi, aby wykonywać dzieło Boże, musi być chrześcijaninem ukształtowanym przez krzyż.

Aby to kształtowanie było skuteczne, nie możemy zapominać o nieprzerwanej społeczności, jaką Chrystus ma z nami. Przeczytajmy Hebrajczyków 2: 18: "A że sam przeszedł przez cierpienie i próby, może dopomóc tym, którzy przez próby przechodzą." Nigdy o tym nie zapominajmy. Jeśli nie powstrzymamy się przed wejściem w współcierpienie, Chrystus nigdy nie powstrzyma się przed okazaniem współczucia i pomocy. "Że sam przechodził przez próby, może przyjść z pomocą tym, którzy przechodzą przez próby." Nigdy nie zostawia nas samych. Czy pozostawi was w Ameryce, albo zabierze do Chin czy też do najdalszych krańców ziemi, nigdy nie pozostawi was samych. Droga dla ciebie i dla mnie jest zbyt wyboista, by można nam pozwolić iść samym, a w dodatku, och, jakże wielkie jest współczucie żyjącego Chrystusa z członkami Jego Ciała! Kiedy przechodzimy przez to kształtowanie matrycą krzyża, On zawsze towarzyszy nam pod postacią swojego Ducha Świętego. Za każdym razem, kiedy ty i ja wchodzimy pod tę prasę i pozwalamy Duchowi Świętemu wycisnąć w nas ten kształt Jego charakteru, uzupełniamy, podobnie jak Paweł, cierpienia Chrystusa, czyniąc radość Pana bardziej rzeczywistą i pełniejszą.

Proszę, przypomnijcie sobie, że właśnie do tego jesteśmy powołani (1 Koryntian 1: 9): "Wierny jest Bóg, który was powołał do społeczności Syna swego Jezusa Chrystusa, Pana naszego." Jesteśmy wezwani do takiej społeczności, do takiego współcierpienia z Chrystusem. Nie możemy się od tego uchylić, jeśli chcemy pozostać Mu wiernymi. Jesteśmy zaproszeni, by być uczestnikami krzyża, jeśli mamy być partnerami korony.

Usiłowaniem szatana zawsze będzie nakłonienie ciebie i mnie do uchylenia się od krzyża. Będzie chciał powstrzymać nas przed krzyżem, spowodować, byśmy uchylali się od bolesnego elementu w składaniu świadectwa, unikali poniesienia ofiary, rezygnowali z niewygodnego stanowiska, a wybrali inne, wydające się mniej uciążliwe. To jest ciągłe pokuszenie ze strony wroga, takie same w stosunku do nas, jak to rzucane w twarz Pana Jezusa, wiszącego na krzyżu: "Ratuj samego siebie i zstąp z krzyża!" To jest bez przerwy ta sama przynęta, przy pomocy której diabeł stara się odwieść nas od drogi krzyża; jest to wyzwanie, którym bez przerwy wymachuje nam przed twarzą. Nie ważymy się jednak zagarniać dobrodziejstwa odkupienia Chrystusa, jeśli nie jesteśmy gotowi zaakceptować pozycji odkupienia.

Szatan wcale nie ciągnął Chrystusa na krzyż. Z pewnością zauważyliście w ewangeliach, że na wszelkie możliwe sposoby, używając całej swojej mocy, starał się nie dopuścić do tego momentu. Podjudził Heroda, by wymordował wszystkie niemowlęta w Betlejemie i okolicy, w nadziei, że pozbędzie się świętego dziecięcia Jezus. Przez cały okres Pańskiej działalności śledzić możecie trop szatana. Jeśli powiedziano, że diabeł opuścił Go na pewien czas, był to czas bardzo krótki. Po Jego kuszeniu nie było prawie momentu, w którym szatan pozostawiłby Go w spokoju. Chciał doprowadzić do strącenia Go z urwiska, do ukamienowania Go, do Jego utonięcia, chciał zmusić Go do objęcia tronu, kiedy ludzie byli zachwyceni cudem rozmnożenia chleba i ryb. Wierzę, że chciał także uśmiercić Go w ogrodzie, a kiedy wszystko to się nie powiodło i widział, że Chrystus zdecydowanie zmierza do wypełnienia zadania, dla którego przyszedł na ziemię, a zadaniem tym było pójście na krzyż, obrzucał Syna Bożego obelgą za obelgą i usiłował wypalić piętno hańby na tym, co Bóg zamierzył uczynić narzędziem zwycięstwa.

Ty i ja będziemy się przekonywać, nie ma bowiem sensu ukrywania tego przed sobą, może bardziej teraz niż kiedykolwiek, że to zgorszenie krzyża nie ustało i że na tych, którzy opowiadają się po stronie krzyża i naśladują drogę krzyża, nienawiść szatana będzie koncentrować się zupełnie tak samo, jak na Mistrzu. "Ratuj samego siebie i zstąp z krzyża" - będzie pokusą i dla ciebie, mój drogi młody bracie i siostro, kiedy wrócisz stąd do pracy chrześcijańskiej lub kiedy udasz się na pole misyjne. To będzie nieprzerwaną pokusą, wycelowaną przeciwko tobie: "Oszczędź się! Ubierz sobie trochę tej pracy! To jest zbyt bolesne, kosztuje to zbyt wiele. Zapomnij o tym! Dalej wszystko będzie dobrze. Wymigaj się od tego, oszczędź samego siebie i zstąp z krzyża!" Jeśli jednak ty i ja chcemy kiedykolwiek poznać głębiny Bożej łaski, jeśli wasze i moje życie ma kiedykolwiek zostać podniesione do poziomu, który Bóg dla nas zamierzył, aby sumienie świata na zewnątrz zostało dotknięte, nie ma żadnej innej możliwości, tylko ty i ja musimy być gotowi bez względu na koszty wejść pod matrycę krzyża i poddać się mocy i zamierzeniom Ducha Świętego. Pytanie brzmi: Czy jesteśmy gotowi iść dalej?

Krzyż jest po prostu miejscem zbiórki dzieci Bożych. Krzyż jest mocnym punktem, w którym dzieci Boże zawsze mogą znaleźć najdoskonalszą pewność bezpieczeństwa i najbardziej niewyczerpane źródło mocy. Bez krzyża jako potężnego czynnika w twoim i moim życiu nigdy nie osiągniemy objawionego przez Boga celu i pozostaniemy niedoskonali.

Dlatego krzyż wzywa nas do wejścia w cierpienie Chrystusa.

Powinniśmy mieć na sobie znaki gwoździ. Słyszymy ludzi świata, mówiących dzisiaj do nas - dzieci Bożych: "Jeśli nie zobaczę na tobie znaków gwoździ, nie uwierzę." Musimy mieć na sobie znaki gwoździ; musimy dzielić z Nim podobieństwo Jego śmierci i w naszym charakterze wyciśnięta musi być podobizna Jezusa.

Co to będzie oznaczać? Nie będzie to dla ciebie tym, co chce świat, byś wierzył, że to będzie. Nie będzie to dla ciebie tym, czego wielu chrześcijan boi się, myśląc, że oznacza to życie w najlepszym razie posępne, doświadczanie strat, zbieranie żniwa boleści i cierpienia i zdeptanie wszystkich naturalnych talentów, w które Bóg cię wyposażył. Tego nie będzie to oznaczać. Co będzie to więc oznaczać? Posłuchajmy tego człowieka, który wlał samego siebie w matrycę krzyża, mówiącego tobie i mnie, co to będzie oznaczać. W przekładzie Conybeare List do Rzymian 6: 5 brzmi: "Bo jeśli zostaliśmy wszczepieni w podobieństwo Jego śmierci, uczestniczyć też będziemy w Jego zmartwychwstaniu."

Pozwólcie mi powiedzieć, że powinniśmy uważać, aby nie podkreślać żadnej prawdy nieproporcjonalnie do innych. Nie powinniśmy głosić tego, co nazwałem śmiertelną stroną krzyża, zapominając o życiowej stronie krzyża, nigdy jednak nie należy podkreślać zmartwychwstania Pana Jezusa Chrystusa tak, aby stracić z pola widzenia krzyż. Obawiam się, że to właśnie wielu robi dzisiaj, zapominając, że z mającym skłonność do ciągłego odbudowywania się życiem własnego "ja" można rozprawić się wyłącznie przy pomocy krzyża oraz że to stare życie można trzymać pod kontrolą tylko przez Ducha Świętego poprzez krzyż, i że tylko w tej mierze, na ile wstępujemy w społeczność śmierci z Chrystusem, możemy doświadczać Chrystusowego życia zmartwychwstania.

Spójrzcie na dąb. Stoi setki lat. Jak on się urodził? W grobie.

Żołądź umarł i przepadł, zapuścił jednak korzenie w dół, a pędy w górę, aż wyrosło wielkie i mocne drzewo, mające swoje korzenie bez przerwy w tym grobie, przy czym wszelką swoją siłę, swoje piękno, swoje liście i wszystko inne zawdzięcza temu grobowi. Wszystko, co ty i ja możemy otrzymać, zawdzięczamy śmierci Pana Jezusa Chrystusa. Zmartwychwstanie zaś jest kwiatem, który wyrasta z tego grobu, jeśli więc uczestniczymy w śmierci Chrystusa, pierwszą rzeczą, jaką otrzymujemy, jest udział w zmartwychwstaniu.

Spójrzcie na werset Rzymian 6:8: "Jeśli tedy uczestniczyliśmy w śmierci Chrystusa, wierzymy, że też uczestniczyć będziemy w Jego życiu" - w życiu, nad którym śmierć nie ma władzy, w mocy, której nic na świecie nie może zniszczyć, w nadziei, której nikt nie może nam wyrwać.

Aby podkreślić tę prawdę, chciałbym zacytować kilka wierszy pewnego dawnego mistyka, napisanych w roku 1277, gdyż wskazują one na to, jak wspaniałą rzeczą jest uczestniczenie w śmierci i w życiu zmartwychwstania Syna Bożego:

"Obrzydzeniem twojego grzechu będzie twój krzyż, Twój krucyfiks przekreśleniem twojej woli, Te gwoździe twoim posłuszeństwem, które cię umocuje;

A miłość zrani cię i wytrwałość uśmierci,
Jednak będziesz miłować Mnie nadal.
Włócznia przeszyje twoje serce i odtąd Moje życie
Będzie tętnić i poruszać się w tobie,
A potem, jako zwycięzca, uwolniony od krzyża,
Położony w grobie nicości i straty,
Zbudzisz się i narodzisz w górze
Pod tchnieniem Mojej wszechmocnej miłości."

Spójrzcie na Rzymian 8: 17: "…jeśli tylko razem z nim cierpimy, abyśmy także razem z nim uwielbieni byli" oraz Efezjan 2: 6: "…i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie." Dzisiaj dzielimy z Nim miejsce w okręgach niebieskich, na pozycji zwycięstwa. Objawienie 3: 21 pokazuje nam, że będziemy także dzielili z Nim Jego tron. A czy zauważyliście w tych listach do siedmiu zborów, że najwspanialsza ze wszystkich tych obietnic dana została zwycięzcom ze zboru laodycejskiego? Nie ma bowiem sytuacji do składania świadectwa i do przezwyciężania trudniejszej niż sytuacja zboru laodycejskiego czyli współczesnego nam kościoła. Zwycięzca będzie więc zasiadał z Nim na Jego tronie.

Do Filipian 1: 7 Paweł mówi: "…boście wszyscy wraz ze mną współuczestnikami łaski." To ona jest mocą, potwierdzającą prawdę ewangelii przez nasze cierpienia, nasze współmęczeństwo z Chrystusem, a to współcierpienie z Chrystusem wyzwalać będzie siłę, potrzebną na te czasy, która zapewni osiągnięcie celów naszego życia i będzie dla świata świadectwem mocy żyjącego Chrystusa i oznaczać będzie zwycięstwo pełne i całkowite. Pozwólcie mi zatem odczytać mój ostatni tekst z 2 Koryntian 4: 7-10 w przekładzie Conybeare: "Ale skarb ten umieszczony jest w ciele z kruchej gliny, aby potęga, która wszystko przewyższa, była z Boga, a nie ze mnie. Jestem mocno ściskany, ale nie zmiażdżony; zakłopotany, ale nie zrozpaczony; prześladowany, ale nie opuszczony; powalony, ale nie zniszczony. W moim ciele noszę bez przerwy umieranie Jezusa, aby także życie Jezusa ujawniało się w nim."

Czy nie dostrzegacie tego obrazu? Za każdym razem, kiedy na swoim polu jesteście mocno ściśnięci, ale nie zmiażdżeni; zakłopotani, ale nie zrozpaczeni; prześladowani, a jednak zdający sobie sprawę, że nie jesteście opuszczeni; powaleni, a jednak nie zniszczeni, odnosicie zwycięstwo, żyjecie zwycięskim życiem chrześcijańskim.

Niektórzy mniemają, że zwycięskim życiem chrześcijańskim można żyć tylko wtedy, kiedy jest się na grzbiecie fali. Czasem jednak bardziej zwycięskimi jesteście wtedy, gdy pogrążacie się, a potem wynurzacie się ponownie z uśmiechem na twarzy i z ufnością w swoim sercu -zakłopotani, lecz nie zrozpaczeni, ściśnięci, lecz nie zmiażdżeni. Za każdym razem, kiedy jesteście takimi, wkładacie samych siebie w matrycę krzyża. Krzyż wykonuje swoje dzieło i staje się to kolejnym dowodem, że Chrystus mieszka w was i że życie Jezusa ujawnia się na zewnątrz.

O, w dzisiejszym czasie nie ma nic, czego Kościół Boży potrzebowałby bardziej niż mężczyzn i kobiet, w których Duch Święty mógłby bez przeszkód wykonać całą swoją pracę. Kościół cierpi dzisiaj z powodu nieuformowanych, niewykształtowanych chrześcijan, którzy utrzymują, że należą do Niego, ale nie wydają się być takimi w oczach świata. Ludzie tego świata są zgłodniali widoku mężczyzn i kobiet, w których mogliby widzieć Chrystusa i od których mogliby otrzymać zapewnienie, że także oni znaleźć mogą Chrystusa i poznać mogą moc Jego zmartwychwstania i triumfować nad grzechem i szatanem, śmiercią i piekłem. Czego świat potrzebuje, to właśnie chrześcijanie uformowani przez krzyż. Czy ty i ja będziemy do takich należeć?

Gordon Watt

Rozdział VII z książki "The Meaning of the Cross"
Z angielskiego tłumaczył Józef Kajfosz


http://czytelnia.berea.edu.pl/rozne/boza_matryca.html
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Krzyż

Postprzez veteran » 9 paź 2015, o 16:18

KRZYŻ - wspaniała droga do wyjścia z grzechu Waldemar Świątkowski
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo


Powrót do PODSTAWY UCZNIOSTWA

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość