Świadectwa wiary

Świadectwa wiary

Postprzez veteran » 16 paź 2014, o 20:43

Korea Płn.: Zbłąkana jaskółka
Cios wymierzony w głowę zwalił go z nóg. Jong Cheol leżał twarzą na brudnej podłodze pokoju przesłuchań i zasłaniał rękami głowę, chroniąc się przed kolejnym uderzeniem. W pomieszczeniu nie było okien i gdy tylko go tu wprowadzono – jego nozdrza uderzył ostry zapach wymiocin i moczu. Teraz, gdy jego policzek dotykał mokrego podłoża, czuł nieprzyjemną i kwaśną woń o wiele mocniej. Tak samo jak wtedy, na dworcu kolejowym, dwa lata temu...

W swoim, o dwa numery za dużym, kombinezonie roboczym i bosych stopach owiniętych jedynie foliowymi torebkami, 9-letni Jong przemierzał wielki budynek dworca. Od tak dawna niczego nie jadł. Trzy dni temu udało mu się wykraść handlarce garść kukurydzianej papki. Chłopak zastosował stary sposób: przewrócił pogięty blaszany garnek, a gdy zawartość wysypała się na ziemię, szybkim ruchem nabrał garść jedzenia i zaczął uciekać. Kobieta nie goniła go, pewnie bała się, że jeśli pozostawi resztę towaru, straci i to. Wokół ulicznych sprzedawców zawsze kręciło się wielu żebraków, którzy gotowi byli zjeść każdy okruch, jaki wypadł na ziemię. Ukradzioną papkę złodziejaszek połknął szybko za rogiem pierwszego z brzegu budynku. Nie pamiętał jej smaku, może zresztą wcale go nie miała. Wiedział tylko, że to było stanowczo za mało, by zaspokoić głód jaki nieustannie odczuwał.

Mieszkał na dworcu od roku, od kiedy samotny ojciec – nie dając rady wyżywić syna, wysłał go na ulicę. Matka zmarła dużo wcześniej. Pozostali we trójkę niedługo, bo młodszy brat Jonga, z niedożywienia, stawał się coraz słabszy. Zaczął chorować. Ojciec zaniósł go do szpitala, gdy czterolatek już nie mógł chodzić. Na widok kolejnego dziecka z pożółkłymi włosami, lekarka bezradnie rozłożyła ręce: - Nie możemy mu pomóc. Tam pod ścianą zwolniło się właśnie łóżko, może na nim leżeć, zanim nie umrze. - W szpitalu nie było jedzenia, ani żadnych leków.

Jong szybko nauczył się funkcjonować w grupie młodocianych złodziei, którzy jak on, nie mogli liczyć na swoją rodzinę. Aby przeżyć czyhali na ludzi wysiadających z pociągu, przywożących ze wsi produkty spożywcze; okradali dworcowe prostytutki oraz handlarki. Byli sprytni i szybcy. Ludzie nazywali ich kochebi, zbłąkane jaskółki.

Cheol spał w przydrożnych rowach lub na holu dworca, pod wielkim wizerunkiem Wiecznego Prezydenta Kim Ir Sena. Pogodzony ze swoim samotnym życiem, nie znosił tylko jednego – odoru moczu unoszącego się wciąż nad dworcowymi pomieszczeniami. Nikt nigdy nie sprzątał wielkiej stacji kolejowej, a leżący pod ścianami starzy żebracy, często załatwiali swoje potrzeby pod siebie. Po kilku miesiącach zaczął nienawidzić tego miejsca i tego kraju.

Okazja na zmianę pojawiła się po roku. Któryś ze starszych kolegów powiedział, że ucieka do Chin, ponieważ słyszał, że tam nawet podwórkowe psy jedzą ryż. Psy? - zdumiał się Jong. – Myśmy już dawno nawet psy zjedli. - Nie dowierzał koledze, ale postanowił spróbować przejścia przez rzekę Yale, która oddziela Koreę Północną od Chin.

Przeprawa udała się znakomicie. Było ich trzech i mieli wyjątkowe szczęście. Żaden strażnik nie nadzorował tej nocy odcinka rzeki, przez który przeprawili się, niosąc nad głowami swoje kombinezony.

Przez cały dzień włóczyli się po pobliskiej wiosce, szukając psich misek przy obejściach. Byli nieufni, więc starali się, aby nikt ich nie zauważył. Pod wieczór natknęli się jednak na mężczyznę wracającego z pola. Znał już takich chłopców jak oni. Wiedział, skąd przychodzą i czego szukają. Wiedział też, że choć Jong Cheol wygląda na siedem lat, naprawdę jest starszy. Mężczyzna gestem zaprosił ich do domu.

Takiej uczty Jong nie pamiętał w swoim życiu! Gdy matka jeszcze żyła wspominała stare czasy, kiedy to jadali niekiedy ryż z kawałkami kurczaka. On sam nie pamiętał już jak smakuje mięso. Z pełnym brzuchem zasnął na macie rozłożonej dla nich na kuchennej podłodze. Wydawało mu się, że osiągnął szczyt szczęścia.

Następnego dnia Chińczyk zawiózł ich do domu, oddalonego o kilkanaście kilometrów. Mieszkało tu już dwóch innych chłopców z Korei. Małżeństwo, które ich przygarnęło powiedziało im łamanym koreańskim, żeby się nie bali, że są chrześcijanami i zaopiekują się Jongiem i jego kolegami. Pierwszy raz spotkał chrześcijan, pierwszy raz ktoś chciał się nim zaopiekować!

Nadeszły wspaniałe czasy. Cheol jadał trzy razy dziennie, do syta. Dostał nowe, ciepłe ubranie. Otrzymał też buty. Z ciekawością patrzył na swoich gospodarzy, którzy przed każdym posiłkiem dziękowali jakiemuś niewidzialnemu Bogu w Niebie za jedzenie. Nigdy nie widział takiego zachowania.

Pozostali chłopcy, będąc na osobności, trochę podśmiewali się z dziwnego dla nich zachowania małżeństwa. Jong kpił wraz z nimi, jednak w głębi duszy podczas modlitw odczuwał dziwny spokój i błogość.

Coraz uważniej słuchał historii pochodzących z czarnej księgi, którą małżeństwo otaczało szczególną czcią i poważaniem. W jego sercu zaczęło się budzić coraz większe pragnienie: - Chcę być taki oni! Chcę, żeby ich Bóg był również moim Bogiem! Chcę zapomnieć o tym, co było i zacząć nowe życie! Przebaczam ojcu, Kim Ir Senowi i temu staremu z dworca, który mnie pobił swoim kosturem tak, że krew leciała mi z ucha. Jezu i Ty mi wybacz, że okradałem kobiety wiozące jedzenie swoim dzieciom, że plułem na umierających żebraków i przeszukiwałem ich ubrania w poszukiwaniu okruchów. Wybacz! I Jong Cheol szczerze zapłakał.

Opiekunowie przestrzegali chłopców: - Nie oddalajcie się od domu. Nie rozmawiajcie z obcymi. Chińska milicja poszukuje uciekinierów z Korei. Niedługo spróbujemy przenieść was w bezpieczniejsze miejsce, ale dopóki jesteście tutaj, musicie być ostrożni!

Jednak trudno było utrzymać piątkę najedzonych i ruchliwych chłopców w ryzach. Nudzili się. Wymykali się więc spod troskliwej opieki, by poszukać rozrywki poza czterema ścianami. W zaroślach bawili się w koreańskich i japońskich żołnierzy. Za każdym razem jeden nie uczestniczył w zabawie, lecz pozostawał na czatach. Wydawało im się więc, iż zachowują odpowiednie środki ostrożności.

Tego feralnego dnia zapuścili się nieco dalej niż zwykle. Zagadali się w drodze śmiejąc głośno z zabawnych kreskówek, jakie oglądali nad ranem. Telewizja stała się ich pasją. Patrol idący z naprzeciwka, szukał w tej okolicy zbiegłego złodzieja. Być może nie zwróciliby uwagi na grupkę dzieci, gdyby nie ich podejrzane zachowanie – po zobaczeniu chińskich funkcjonariuszy, chłopców ogarnęła panika i zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Złapano trzech. Pośród nich Jonga.

Został wydalony do kraju. Powrócił kwaśny odór, którego tak nie znosił na dworcu. Zapach samotnego życia kochebi. Tylko, że tym razem zamiast ogromnego dworca, znajdował się w niedużym pokoju przesłuchań. Ze ściany patrzył na niego jednak ten sam wizerunek Kim Ir Sena, Drogiego Ojca Narodu. Zaczęło go mdlić. Kopniak w brzuch wywołał wymioty, choć właściwie od dwóch dni miał pusty żołądek, od kiedy to – zakutego w kajdanki – przekazano go Koreańczykom w mundurach.

Pytali, kto pomógł mu uciec do Chin, kto mu dał ubranie, gdzie mieszkał? Milczał. Za nic nie zdradzi tych dobrych ludzi! Niech go biją, torturują, ale on nic nie powie!

I bili. Bezlitośnie okładali szczupłe ciało jedenastolatka pięściami, pałkami i kopniakami. Pod ścianą postawiono pozostałą dwójkę uciekinierów, kazano im patrzeć na to, co ich samych za chwilę czeka. No chyba, że się namyślą i wcześniej zaczną mówić.

Wszedł nowy funkcjonariusz. Szepnął coś do kolegów. - Mów, czy jesteś chrześcijaninem?! - ryknął nagle jeden z nich do ucha skulonego na podłodze chłopca. - Gadaj!' - rozkaz został wsparty uderzeniem kolby karabinu. Jong milczał. Wydawało się, że stracił przytomność. - Podnieś go! - nakazał ten, który przed chwilą przyszedł. - Czy jesteś chrześcijaninem? - zapytał zbliżając twarz do wymazanej krwią i wymiocinami buzi Jonga. Chłopiec otworzył na tyle, na ile mógł zapuchnięte oczy i wyszeptał: - Tak, jestem chrześcijaninem.

Trzech funkcjonariuszy koreańskiej milicji opuściło pokój przesłuchań. Byli bardzo niezadowoleni i ze złością popychali idącą przed nimi pozostałą dwójkę aresztantów. Oprócz tego jednego wyznania, z ust chłopaka nie usłyszeli nic więcej. Zastanawiali się, jak – i czy w ogóle – zaraportować o całym wydarzeniu.

W pokoju przesłuchań pozostało skatowane ciało jedenastoletniego Jonga. Leżało bez ruchu. Powoli klatka oddechowa przestała unosić się przy próbie złapania powietrza. Jong Cheol opuścił nareszcie Koreę Północną na zawsze. Już go tu nie było. Zbłąkana jaskółka właśnie przestępowała próg domu Ojca...

Dla Open Doors- Donata Maliszak

***

Jednemu z aresztowanych chłopców udało się ponownie zbiec do Chin i to z jego ust znamy przebieg ostatnich chwil życia Jonga.

Jeszcze sto lat temu, Pjongjang, stolicę Korei Północnej, nazywano „Jerozolimą Wschodu”. Istniało tu ponad sto kościołów chrześcijańskich (a dwa tysiące w całej Korei). Po objęciu rządu przez Kim Ir Sena w 1953 r., w przeciągu kilku dni wszyscy przywódcy i liderzy chrześcijańskich Kościołów i wspólnot zniknęli bez śladu. W pierwszym okresie hekatomby wymordowano ponad trzysta tysięcy chrześcijan wszystkich denominacji. Kościół zszedł do podziemia. „Jerozolima Wschodu” stała się „Golgotą Wschodu”. Niestety, na to miano zasługuje nieprzerwanie do dziś.


http://www.opendoors.pl/mediateka/01_ob ... w/2379254/
veteran
 
Posty: 517
Dołączył(a): 1 paź 2014, o 17:38
Lokalizacja: Władysławowo

Re: Świadectwa wiary

Postprzez kesja » 27 paź 2014, o 19:57

''Znalazłem Boga'' - mówi człowiek, który rozbił ludzki genom

Naukowiec, który prowadził zespół, który dokonał rozbicia ludzkiego genomu, opublikuje książkę, w której wyjaśnia, dlaczego teraz uwierzył w Boga i jest przekonany, że cuda naprawdę istnieją.

Francis Collins (na zdjęciu), dyrektor Amerykańskiego Narodowego Instytutu Badań Genetycznych, twierdzi, że istnieje racjonalna podstawa dla twórcy i że odkrycia naukowe czynią człowieka "bliższego Bogu".

Jego książka "Language of God" (Język Boga), która zostanie opublikowana we wrześniu, ponownie otworzy odwieczną dyskusję o relacjach między nauką i wiarą. "Jedną z wielkich tragedii naszych czasów jest pogląd, według którego nauka i religia muszą toczyć wojnę", powiedział Collins.

"Nie widzę takiej konieczności i jestem rozczarowany tym, że ostre głosy, które zajmowały skrajności tego spektrum, dominowały przez ponad 20 lat".

Dla Collinsa rozplątywanie ludzkiego genomu nie tworzyło konfliktu w jego umyśle. Pozwoliło natomiast na "przelotne spojrzenie na działania Boga".

"Gdy dokonujesz przełomu, jest to moment naukowego radosnego podniecenia, ponieważ uczestniczyłeś w tych poszukiwaniach i wydaje się, że znalazłeś to", powiedział Collins. "Jest to jednak także moment, w którym przynajmniej czuję bliskość Stwórcy w sensie spostrzeżenia czegoś, czego wcześniej nie widział żaden człowiek, ale o czym wiedział Bóg".

"Kiedy masz pierwszy raz przed sobą instrukcję składającą się z 3,1 miliarda liter, która zawiera wszystkie rodzaje informacji i wszystkie rodzaje tajemnic dotyczących rodzaju ludzkiego, nie możesz tego oglądać strona po stronie, nie czując strachu. Nie mogę pomóc, ale mogę patrzeć na te strony i miec niejasne poczucie, że daje mi to pogląd na umysł Boga."

Collins dołączył do grona naukowców, u których badanie pogłębiło wiarę w Boga. Newton, którego odkrycie praw wagi zmieniło nasz sposób rozumienia wszechświata, powiedział: "Ten najpiękniejszy system mógłby pochodzić jedynie ze zwierzchnictwa inteligentnej i potężnej istoty".

Chociaż Einstein zrewolucjonizował nasze myślenie o czasie, wadze i przemianie materii w energię, wierzył, że wszechświat miał swojego stwórcę. "Chciałbym znać jego myśli, reszta to już szczegóły", powiedział. Jednak Galileusz został przesłuchany przez inkwizycję i został wystawiony na próbę w 163 roku z powodu "heretycznego" stwierdzenia, że Ziemia obraca się wokół Słońca.

Wśród przekonań Collinsa najbardziej kontrowersyjne jest to o "ewolucji teistycznej", według którego dobór naturalny jest narzędziem, które Bóg wybrał po to, by stworzyć człowieka. W jego wersji tej teorii utrzymuje, że człowiek nie rozwinie się już dalej.

"Widzę bożą rękę w pracy poprzez mechanizm ewolucji. Jeżeli Bóg wybrał stworzenie ludzi na swój obraz i zdecydował, że mechanizm rozwoju będzie najlepszą drogą, by tego celu dokonać, mamy powiedzieć, że to nie jest sposób", powiedział Collins.

"Według nauki, siły ewolucji przez dobór naturalny były mocno dotknięte przez zmiany w kulturze i środowisku i ekspansję rodzaju ludzkiego do 6 miliardów osób. To co widzisz, to bardzo dużo tego, co zrozumiesz."

Collins był ateistą do 27 roku życia, kiedy to jako młody doktor zachwycił się siłą wiary, która dodawała siły większości jego znajdujących się w krytycznym stanie pacjentów.

"Oni cierpieli na wiele strasznych chorób, od których prawdopodobnie nie uciekali, jednak zamiast skarżyć się Bogu, wydawali się opierać na swojej wierze jako źródle wielkiego komfortu i otuchy", powiedział. "To było interesujące, intrygujące i niepokojące."

Zdecydował się odwiedzić pastora Metodystę i został obdarowany kopią "C S Lewis s Mere Christianity", która zakłada, że Bóg jest racjonalną ewentualnością. Książka zmieniła jego życie. "To był argument, na którego poznanie nie byłem przygotowany. Byłem bardzo szczęśliwy, myśląc, że Bóg nie istniał i nie interesował się mną. Jednocześnie jednak nie mógłbym uczynić zwrotu".

Jego objawienie nadeszło, kiedy szedł przez góry Cascade Mountains w stanie Waszyngton (USA). "To było piękne popołudnie i nagle nadzwyczajne piękno tworzenia dookoła obezwładniło mnie, czułem, nie mogłem się oprzeć tej niezwykłej chwili".

Collins wierzy, że ta nauka nie może zostać użyta w celu obalenia poglądu o istnieniu Boga, ponieważ jest ograniczona do "naturalnego" świata. W tym świetle wierzy on, że cuda mogą naprawdę istnieć. "Jeżeli ktoś jest skłonny przyjąć istnienie Boga albo jakiejś nadprzyrodzonej siły o zewnętrznej naturze, wówczas nie jest to logiczny problem przyjąć, że czasami interweniować mogą nadprzyrodzone siły", powiedział Collins.
Avatar użytkownika
kesja
 
Posty: 280
Dołączył(a): 14 paź 2014, o 17:32

Re: Świadectwa wiary

Postprzez MieczDucha » 2 gru 2014, o 10:00

http://mieczducha888.blogspot.com/2014/ ... lko-w.html : "" W połowie XIX wieku linoskoczek Blondin zaplanował wystąpić w najbardziej śmiałym przedstawieniu, jakiego do tej pory dokonał człowiek. Rozciągnął nad wodospadem Niagara stalową linę o grubości około 5 cm. Kiedy to robił, zgromadził się wielki tłum ludzi, by go oglądać. Linoskoczek zapytał widzów:"Jak wielu z was wierzy, że mogę na swych ramionach przenieść przez tę przepaść ciężar równy wadze człowieka?"
Rosnący tłum krzyczał i wiwatował wierząc, że linoskoczek może dokonać tej trudnej sztuki. Blondin podniósł worek z piaskiem o wadze około 60 kg i przeniósł nad wodospadem. Bezpiecznie dotarł na drugą stronę wraz z ładunkiem.
Potem Blondin zapytał:
"Kto z was wierzy, że rzeczywiście potrafię przenieść nad tą czeluścią prawdziwego człowieka?"
I znowu tłum podniósł wrzawę na jego cześć.
"Kto z was usiądzie mi na ramionach i pozwoli się przenieść nad wodospadem?"
W tłumie zapanowała cisza
. Każdy chciał zobaczyć, jak Blondin będzie niósł człowieka, jednak nikt nie odważył się złożyć swego życia na jego barki.
W końcu zgłosił się jakiś ochotnik, gotowy wziąć udział w tym karkołomnym wyczynie. A któż był tym ochotnikiem? Był to szwagier Blondina, który osobiście znał linoskoczka od wielu lat.
Gdy przygotowywali się do przejścia Niagary, Blondin pouczał go: "Nie wolno ci ufać twym własnym emocjom, a jedynie moim. Będziesz chciał zawrócić, gdy nie będzie to wcale konieczne. Jeśli zaufasz swoim emocjom, to obaj spadniemy. Musisz stać się częścią mnie."
We dwójkę przeszli bezpiecznie na drugą stronę. "- http://wiadomosci.onet.pl/tablica/wiara ... watek.html

"Linoskoczek zakończył właśnie swój, zapierających dech w piersiach, pokaz akrobatycznych sztuczek. Nagle spostrzegł wśród widowni małego chłopca, który patrzył na niego w niemym podziwie. Podszedł do niego i zapytał przed całą publicznością: "Widziałeś, jak niosłem po linie tego wielkiego mężczyznę?". Chłopiec kiwnął potakująco głową. "A czy wierzysz, że byłbym w stanie w taki sam sposób przenieść także i ciebie?" - zapytał. "Pewnie, że mógłby pan to zrobić" - odpowiedział zapytany - "ten pan był przecież wielki i ciężki, a ja jestem tylko małym chłopcem". "Dobrze, wejdź więc mi teraz na plecy". Mówiąc to mężczyzna kucnął na podłodze, aby pomóc chłopcu. "O nie, nie chcę!" - zawołał malec i czym prędzej zniknął mu z oczu. Wprawdzie wierzył, ale nie chciał powierzyć się w ręce linoskoczka.

Podobnie wielu ludzi postępuje z Jezusem Chrystusem. W jakiś sposób wierzą w Niego, nie są jednakże gotowi powierzyć Mu swojego życia. Jednak taka wiara, nie jest wiarą w znaczeniu biblijnym.
Prawdziwie wierzyć, oznacza całkowicie zaufać Panu Jezusowi i w Jego ręce powierzyć naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość."
MieczDucha
 
Posty: 23
Dołączył(a): 21 paź 2014, o 13:37


Powrót do ŚWIADECTWA WIARY

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości